RAPORTY SEZONOWE (2019-2026)

Strona główna RAPORTY SEZONOWE (2019-2026) Strona 3

[3] Co najmniej od 1771 roku nie było tak ciepłej zimy!

Oficjalna seria temperatury warszawskiej (od 1779 roku) wykazuje, że nie było w tym okresie ani jednej zimy meteorologicznej (grudzień-luty) łagodniejszej od właśnie minionej. Moje badania wskazują, że ta rekordowa ciepłota obejmuje okres dłuższy, sięgający co najmniej do roku 1771.

Średnia temperatura trzech miesięcy wyniosła 3,30°C w Warszawie. Tym samym poprzedni rekordzista został pokonany bezapelacyjnie; chodzi o zimę 1989/90, której ten parametr wyniósł „tylko” 2,63°C, czyli niżej aż o 0,67°C. Jest to przewaga wystarczająco znaczna, by usunąć wszelkie wątpliwości. Średnia temperatura zimy 2019/20 przewyższa normę z poprzedniego okresu referencyjnego (1981-2010) aż o 4,43°C, a normę najnowszą (1991-2019) „tylko” o 4,16°C.

Proszę przypatrzeć się poniższemu wykresowi uważnie. Widać wyraźnie, jakim fenomenem jest ostatnia zima (meteorologiczna) na tle całego przedstawionego 250-letniego okresu historycznego. Ale widać także, że jest ona logicznym dopełnieniem długotrwałej tendencji ocieplania się zim.

Wykres wskazuje, że okres najchłodniejszych zim przypada na pierwsze dekady XIX stulecia, a początek ocieplenia które (z wahaniami) trwa do dziś, to połowa XIX wieku; ten właśnie czas jest powszechnie przyjęty jako koniec tzw. Małej Epoki Lodowej (trwającej od XIV lub XVI stulecia, wg różnych badaczy). Później średnia ruchoma (przyjąłem 30-letnią, jako zalecaną przez Światową Organizację Meteorologiczną dla ustalenia warunków klimatycznych) miała swoje wzloty i relatywne spadki, jednak te ostatnie już nie powracały do najniższego poziomu z pierwszej połowy XIX wieku. Start najnowszej fazy ocieplania się zim to późne lata 1980-te; symbolicznie można nawet przyjąć konkretnie rok 1988 jako początek tego najnowszego etapu nasilonego ocieplenia, charakteryzującego się częstym występowaniem zim o temperaturze średniej wyższej od zera. Temperatury najchłodniejszych zim rosną z uderzającą wizualnie systematycznością poczynając od zimy 1962/63; w następującym po niej okresie historycznym, w zasadzie każda z zim z przedziału najsurowszych była mniej mroźna od poprzedniej.

Fot. Benwars.

Uderzającą cechą zimy meteorologicznej 2019/20 jest to, że nie odznaczyła się pokonywaniem jakichś niewyobrażalnych rekordów temperatur dobowych; jej najwyższe absolutne maksimum to 14,3°C, zanotowane 17 lutego (bardzo wysokie, ale nie rekordowe; w 1990 w lutym było wszak 17,2°C). Ale do tej pory w warszawskich annałach nie było zimy, która tak jak ta ostatnia byłaby właściwie kompletnie pozbawiona całodobowego mrozu. To wprost nie do wiary, że od grudnia do lutego był tylko jeden mroźny dzień (i to ledwo, ledwo); a mianowicie 29 grudnia, w dodatku jego najwyższą temperaturę dobową (-0,3°C) zaiste trudno nazwać „syberyjską”. Poniższy wykres ilustruje wręcz zdumiewającą trwałość temperatur maksymalnych w zimie 2019/20, wyższych od normy (1961-1990) obowiązującej do początków XXI stulecia. Warto też zwrócić uwagę na trend właśnie minionej zimy, który w przekroju 3 miesięcy jest rosnący (od grudnia do lutego), podczas gdy dawniej był w tym okresie normalnie malejący. Jest to tendencja zgodna z wieloletnią ewolucją, zmierzającą w kierunku znacznego ocieplania się drugiej połowy lutego, zwłaszcza w porze dziennej. Inaczej mówiąc, zima u nas stopniowo „skraca się”, a przedwiośnie jest ogólnie coraz wcześniejsze.

Wszystkie trzy miesiące sezonu (XII-II) były dużo cieplejsze od normy (1981-2010), przy czym – tak samo jak jesienią – dodatnie odchylenie temperatury rosło z każdym kolejnym miesiącem: grudzień +4,0°C, styczeń +4,5°C, luty +5,0°C. Co może wskazywać na rosnące znaczenie bezpośredniego wpływu promieniowania słonecznego na temperaturę powietrza o tej porze roku.

Jak wspomniałem, zdumiewa stabilność i trwałość ponadnormalnych, w rzeczy samej dodatnich temperatur za dnia, a często i w nocy. Rzecz jasna, nie było od grudnia do lutego żadnej fali mrozu. Okresy wyraźniejszych ochłodzeń, gdy średnie temperatury dobowe próbowały spadać do tradycyjnych przeciętnych, to 27-29 grudnia, 5-7 i 23-26 stycznia, 5-7 lutego. Okresy szczególnie nasilonego ciepła to 15-22 grudnia, 10-16 stycznia, 31 stycznia-2 lutego, 16-25 lutego. Nadzwyczajne ciepło absolutnie dominowało.

Grudzień miał sumę opadu atmosferycznego zbliżoną do normy, ich rozkład też był w zasadzie przeciętny, tyle, że padał prawie wyłącznie deszcz; w styczniu opady (deszczu) były nader skromne aż do 29-ego, gdy gęsto padał mokry śnieg, który według mojej obserwacji pokrył ziemię na kilka godzin warstwą o grubości do 3-4 cm, atoli pokrywa ta nie przetrwała do porannego terminu pomiarowego, przez co Warszawa (Okęcie) formalnie nie wykazuje żadnej pokrywy śnieżnej w zimie meteorologicznej 2019/20. W lutym często i niekiedy dość obficie padał deszcz, dając w podsumowaniu ilość opadu o 2/3 wyższą od normalnej; dni z opadem luty miał wiele, bo aż 22. W podsumowaniu sezonowym, zima miała 110 mm opadu (wody), to relatywnie sporo, bo o 22 mm więcej niż przeciętnie. Fakt ten niewątpliwie złagodził wielomiesięczny deficyt wilgoci w glebie, jednak raczej nie poprawił poziomu wód podziemnych ani nawet powierzchniowych, o czym świadczą stany wody wiślanej w Warszawie. (Więcej na ten temat w dalszej części raportu).

Ta formalnie wilgotna zima nie wystarczy, by zahamować ogólny proces wysuszania środowiska Warszawy. Dlaczego tylko „formalnie” wilgotna? Średnia wartość wilgotności względnej trzech miesięcy wyniosła 81,1%. Jest to rekordowo niski wskaźnik dla stacji Okęcie dla okresu od zimy 1947/48 począwszy. Ma on związek z rekordowo wysoką temperaturą zimy meteorologicznej 2019/20, gdyż jak wiemy z fizyki, im cieplejsze powietrze, tym więcej pary wodnej może pomieścić. Gdyby wskaźnik ten był zgodny ze średnią wieloletnią (86,7% dla 1981-2010) lub odeń wyższy, oznaczałoby to, że ilość pary wodnej w powietrzu była podczas tej zimy odpowiednio większa od normy wieloletniej. Jednak ponieważ wilgotność względna wyrażona w procentach była rekordowo niska, oznacza to, że ilość pary wodnej w powietrzu albo była zbliżona do wieloletniej normy (a może nawet mniejsza), albo większa, jednak w stopniu niewystarczającym by „nadążyć” za wyższą temperaturą powietrza. Pamiętając, że ze wzrostem temperatury nasila się parowanie, oznacza to zachwianie normalnego bilansu wilgoci w zimowej atmosferze warszawskiej, w kierunku „bardziej suchym”. Ten proces jest jeszcze wyraźniej zaznaczony w cieplejszych porach roku w ostatnim okresie w Warszawie.

Dni z Tmax ≥ 10,0°C (czyli tzw. dwucyfrówek) było w zimie 8, to nie jest wyjątkowo dużo; w przeszłości bywało ich więcej (np. w sezonach zimowych 2015/16, 2006/07, 2001/02, 1989/90). Jednak już dni z Tmax ≥ 5,0°C było aż 56, co jest historycznym rekordem (zima 1989/90 miała ich o 11 mniej). Liczba dni z choćby najsłabszym przymrozkiem (Tmin < 0,0°C) wyniosła tylko 36; jeszcze nigdy na stacji Okęcie nie było ich tak mało w okresie grudzień-luty. Norma to 64 dni!

Wiemy, jak często i alarmistycznie media zapowiadały tej zimy niszczycielskie wichury (zwykle zwane orkanami przez dziennikarzy); a jednak dane wskazują, że zima 2019/20 nie należy do kategorii mocno wietrznych. A właściwie w ogóle nie da się jej nazwać wietrzną, skoro jej średnia prędkość wiatru (12,6 km/h) jest wyraźnie niższa od przeciętnej (16,0 km/h), a w mojej klasyfikacji (dla okresu od sezonu 1950/51 począwszy) tylko jedna zima (1960/61) miała jeszcze niższy wskaźnik. Jedynym wydarzeniem wiatrowym naprawdę godnym wzmianki jest niż „Sabine”, który w dniach 10-12 lutego przyniósł silne porywy wiatru i szkwały z mieszanymi opadami (chwilowo także gradu i krup); kilka czy kilkanaście (zwykle starych i/lub chorych) drzew zostało przewróconych, uszkodzonych kilka dachów. Najsilniejszy poryw wiatru nie przekroczył 80 km/h. Trzeba jednak podkreślić: to nic szczególnego w porównaniu z zimowymi wichurami z dawniejszych czasów.

Jak wspomniałem, suma opadu atmosferycznego była zimą stosunkowo wysoka. Część komentatorów wskazuje, że dzięki temu została znacznie złagodzona – a może nawet zlikwidowana – długotrwała posucha na Mazowszu. Na dzień dzisiejszy to raczej przedwczesny i nadmiernie optymistyczny wniosek; stan niżu hydrologicznego trwał dalej, o czym znowu świadczyły (podobnie jak jesienią) niskie stany wody wiślanej; średni jej stan był bardzo niski (105 cm), zbliżony do wartości z poprzedniej zimy 2018/19. W grudniu średni 75 cm, w styczniu 96, oba bardzo niskie. Trochę lepiej było w lutym, bo 144 (głównie dzięki obfitym opadom deszczu i śniegu w górach), choć ta ostatnia wartość też nie imponuje, jest to zaledwie strefa stanów dolnych średnich. Wniosek: miniona zima może złagodziła długotrwałą posuchę hydrologiczną na Mazowszu, ale jej nie zakończyła.

Region warszawski potrzebuje istotnych opadów w tegorocznym sezonie wiosennym, inaczej grozi mu wczesna susza.

Jak wspomniałem, 10 lutego w godzinach 2:20 do 2:50 po południu nad miastem przeszedł gwałtowny szkwał z grzmotami, wichrem i krupami, przechodzącymi w grad. Uderzenie pioruna odnotowano na stacji lotniskowej także rano 27 lutego. Takie zjawisko zdarza się u nas zimą rzadko. Poprzednio burza z piorunami wystąpiła w lutym w roku 2008.

Po raz pierwszy śnieg pojawił się na ziemi w dniu 29 stycznia. Nigdy w dziejach obserwacji warszawskich nie stało się to tak późno (poprzednie rekordowe opóźnienie to 24 stycznia 1988). Według moich obserwacji, śnieg (mokry, zaraz topniejący) podczas trzech miesięcy zimy meteorologicznej padał tutaj tylko w siedmiu dniach. Pierwszy w tym sezonie zimowym, i jak dotąd jedyny całodobowy mróz wystąpił 29 grudnia. Aż do tej zimy, w Warszawie było czymś niesłychanym, wręcz niewyobrażalnym, by od października aż do końca lutego wszystkie dni (z wyjątkiem jednego) miały najwyższe temperatury dobowe powyżej zera.

Zima 2019/20 ma dla nas charakter pogodowej rewolucji w tej porze roku. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że kiedykolwiek doświadczę w Warszawie takiej „zimy”.

 

*****

(Obliczenia parametrów meteorologicznych dokonane przez autora i na jego odpowiedzialność na podstawie danych obserwacyjnych IMGW-PIB ze stacji meteorologicznej na lotnisku międzynarodowym Okęcie i innych źródeł, a także obserwacji własnych).

[2] Jesień 2019 roku zajęła 2. miejsce w rankingu najcieplejszych

Oficjalna seria temperatury warszawskiej (od 1779 roku) wykazuje, że tylko jesień 2006 (temperatura średnia trzech miesięcy 11,07°C) była nieco cieplejsza od tegorocznej (10,97°C). W okresie dawniejszym prawdopodobnie dwa sezony były jeszcze cieplejsze, te z lat 1772 i 1767 (co może zostać potwierdzone w wyniku dalszych badań).

Wszystkie trzy miesiące sezonu (IX-XI) były cieplejsze od normy (1981-2010), przy czym dodatnie odchylenie temperatury rosło z każdym kolejnym miesiącem: wrzesień +1,3°C, październik +2,9°C, listopad +3,1°C. Pierwsza połowa września była znacznie cieplejsza od drugiej. Deszcze padały w pierwszym miesiącu jesieni dość regularnie i obficie (opad w sumie 60,4 mm, wystąpiły nawet dwukrotnie burze), przynosząc pewne złagodzenie długotrwałego niedoboru wilgoci w środowisku; jednak nie na tyle, by podnieść stany wody wiślanej do poziomów choćby średnich. Październik był dużo suchszy od września, a osobliwie wyróżnił się niemal nieprzerwanym ciągiem bardzo ciepłej pogody w okresie 11-27, gdy temperatury wielokrotnie przekraczały 20 stopni, a warunki pogodowe nie odbiegały wiele od klasycznego umiarkowanego lata, nawet bez przymiotnika „babiego”. Bardzo ciepły był także listopad: w jego pierwszych dwóch dekadach przeważały w najcieplejszej porze dnia temperatury dwucyfrowe (oczywiście nad zerem). To wszystko nie wystarczyło jednak do pokonania rekordzisty, najcieplejszej jesieni w dziejach obserwacji warszawskich. Pozostaje nią, jako się rzekło jesień 2006 roku, jednak jej przewaga jest bardzo niewielka (0,1°C).

Dni z Tmax ≥ 20,0°C było w tegorocznym sezonie 21, średnia wieloletnia to 12; z Tmax ≥ 15,0°C dni było 46 (norma 37); uderzająco mało było dni z przymrozkiem/mrozem (Tmin < 0,0°C) – tylko 4, gdy norma (jeszcze oficjalnie obowiązująca) to 17.

Jesień była ogólnie spokojna w kontekście wiatru (średnia jego prędkość 11,8 km/h); silniejsze wiatry wystąpiły 30 września i 20-24 listopada. Bardzo słabe wiatry panowały w październiku (średnio 9,5 km/h).

Deszczu spadło jesienią mniej, niż powinno. Suma opadu wyniosła 89,1 mm, czyli 74% średniego wieloletniego; posucha całosezonowa byłaby wręcz skrajna, gdyby nie wrzesień, który „podratował” sytuację. A mówiąc ściślej, dwa układy cyklonalne, czyli niże: w dniach 8-9 „Hans”, oraz w samej końcówce miesiąca „Mortimer”; oba te układy razem dały ponad połowę opadu całego września.

Czy w XX wieku zdarzały się jesienie o podobnych sumach opadu, a nawet niższych? Owszem: na przykład w sezonach 1999, 1993, 1988, 1987, 1985, itd. A więc nie ma powodu, by się niepokoić niskim opadem, skoro dawniej też taki bywał? Jest. Bo przy ocenie suchości trzeba brać pod uwagę nie tylko opad, lecz także temperaturę powietrza; wiadomo, że im wyższa, tym silniejsze parowanie wilgoci, a co za tym idzie – wysuszanie gleby. A średnia temperatura wspomnianych sezonów historycznych wynosiła odpowiednio 8,80°C, 5,93°C (bardzo chłodno!), 7,17°C, 8,60°C, 7,13°C. Wszystkie były więc chłodniejsze od tegorocznego. I to znacznie. To samo dotyczy wszystkich pozostałych jesieni okresu obserwacji, które miały sumy opadowe zbliżone do tegorocznej. Mówiąc dobitnie: tegoroczny deficyt sum opadowych jest dla naszego środowiska i rolnictwa groźniejszy, niż podobne niedobory w przeszłości.

Jak już wspomniałem, świadczy o tym choćby stan wody wiślanej. W sezonie jesiennym 1999 roku jej średnia wysokość (obliczenie własne dla pozycji punktu Bulwary) to 155 cm, w sezonie 1993 – 138 cm; podczas gdy w roku bieżącym to tylko… 58 cm. Trzeba przy tym mieć na uwadze, że niski stan wody dotyczy nie tylko Wisły, lecz także innych akwenów Mazowsza. Nie ma powodu zakładać, że tej sytuacji nie towarzyszy spadek poziomu wód podziemnych w regionie. To nie rokuje dobrze na przyszłość, gdyż rolnictwo i środowisko ucierpią, jeśli okresy pogody ciepłej i suchej będą w nadchodzących latach częstsze i/lub dłuższe. A są powody, by się tego spodziewać.

19 września od godziny 14:45 do 15-tej nad miastem przetoczył się szkwał z grzmotami, wichrem i gradem wielkości ziaren kukurydzy.

Śnieg jesienią nie padał ani razu.

Pierwszy przymrozek w tym sezonie -1,2°C wynoszący, był dnia 30 października z rana.

VarsoviaKlimat.pl

*****

(Obliczenia parametrów meteorologicznych dokonane przez autora i na jego odpowiedzialność na podstawie danych obserwacyjnych IMGW-PiB ze stacji meteorologicznej na lotnisku międzynarodowym Okęcie i innych źródeł, a także obserwacji własnych).

[1] Lato 2019 najgorętsze w dziejach obserwacji warszawskich

Rysem najbardziej charakterystycznym lata 2019 roku był rekordowo gorący czerwiec (zob. raport miesięczny #1). Nie było więc zaskoczeniem gdy się okazało, że miesiąc ten jest najcieplejszym miesiącem tegorocznego lata. Lipiec był znacznie chłodniejszy (Tśr 19,5°), choć w stosunku do temperatury średniej wieloletniej, należy go określić jako zbliżony do normy. Po nim nastąpił gorący sierpień, który zajął 9-te miejsce w rankingu najcieplejszych. To jednak nie wystarczyło, by pchnąć całe lato na czołową pozycję w rankingu.

Dni upalnych było w tym sezonie 16, choć średnia wieloletnia to 7; dni gorących+upalnych – 63, czyli ponad 68% dni meteorologicznego lata miało taki charakter, przy czym przeciętna wartość to tylko 38%.

W podsumowaniu tegorocznego lata, zadziwia długotrwałość okresów gorąco-upalnych. Tak naprawdę tylko w dwutygodniowym okresie 3-17 lipca można mówić o dominacji temperatur chłodnych w Warszawie, choć raczej umiarkowanie, biorąc pod uwagę kontekst historyczny (zimniej było na północy kraju). Niemal cała reszta lata była gorąco-upalna. Mało ma to wspólnego z wartościami klimatycznymi, jakie dotyczyły Warszawy do końca XX wieku.

Cały szereg parametrów tegorocznego lata przyprawia o zawrót głowy. Przykładowo: czerwiec miał 27 dni gorących/upalnych. W całej historii obserwacji instrumentalnych (do 1779 roku wstecz) średnia wieloletnia (w dekadach) liczba takich dni dla czerwca nigdy nie przekroczyła 14-tu, a najczęściej wahała się między 7 a 10.

Lato było nie tylko gorące, lecz także bardzo suche. Suma opadu to 88,9 mm, czyli ledwo 43% normy; z grubsza tyle, co przeciętnie spada w samym lipcu. Dla porównania: w słynnym z posuchy lecie 1992, suma opadu była niemal identyczna (89,8 mm), jednak tamto lato nie było aż tak ciepłe (Tśr 19,97°C). A więc ogólny bilans wodny w środowisku mógł być jeszcze gorszy, niż wtedy. Co zresztą znajduje potwierdzenie w średnich stanach wody wiślanej, które wyniosły (dostosowane do warunków posterunku Bulwary) 183 cm latem 1992, a tylko 87 cm w roku 2019.

Usychało latem mnóstwo drzew masowo sadzonych w ramach akcji zadrzewiania stolicy, podsychały stawy w parkach (np. Skaryszewskim), silnie obniżał się poziom wody naturalnych akwenów (np. Jeziorka Czerniakowskiego). Warszawa latem po prostu wysychała. To wielce znaczące, że do powstania takiej sytuacji nawet nie było niezbędne jakieś ekstremalnie duże usłonecznienie. Liczba godzin słonecznych wyniosła w sezonie 739,9, to dużo, ale w przeszłości bywały lata bardziej słoneczne. Kiedyś, zwiększone zachmurzenie latem praktycznie „z automatu” oznaczało opady i istotne ochłodzenie. Obecnie, w dobie ocieplenia klimatu, niekoniecznie.

Reasumując, lato 2019 roku oznacza kolejny krok w postępie ocieplania klimatu Warszawy.

VarsoviaKlimat.pl

*****

(Obliczenia parametrów meteorologicznych dokonane przez autora i na jego odpowiedzialność, na podstawie danych obserwacyjnych IMGW-PiB ze stacji meteorologicznej na lotnisku międzynarodowym Okęcie i innych źródeł, a także obserwacji własnych).