ANALIZY

Strona główna ANALIZY

Sierpniowa fala upału trwała 8 dni. Czy to rekord?

0

Tegoroczna warszawska sierpniowa fala (nieprzerwanego) upału (dobowa Tmax ≥30,0°C) nie jest rekordowo długa, jednak historycznie plasuje się w ścisłej czołówce. Oto najdłuższe fale upałów w opracowanym przeze mnie okresie 1881-2023:

11 dni: 3-13 sierpnia 2015
10 dni: 24 lipca-2 sierpnia 1994
9 dni: 27 lipca-4 sierpnia 1971 / 5-13 lipca 2006
8 dni: 25 czerwca-2 lipca 1885 / 1-8 sierpnia 1963 / 13-20 sierpnia 2023

Jak widać (wykres 1), fale upałów trwające nieprzerwanie dłużej niż tydzień, są u nas zjawiskiem ekstremalnie rzadkim. Jednak dni upalnych w ogólności szybko przybywa. Trend wzrostowy liczby dni upalnych w Warszawie ma swój początek na przełomie lat 1980/90-tych.

W latach: 1881, 1884, 1886, 1888, 1892-1894, 1897-1900, 1902-1904, 1907-1916, 1918-1919, 1923-1929, 1932-1934, 1936, 1938, 1940, 1945, 1948, 1950-1952, 1954-1958, 1960-1962, 1965-1967, 1970, 1972-1978, 1980-1984, 1986-1988, 1990-1991, 1993, 1998, 2003-2004, 2008-2009, 2011, 2017, upał ani razu nie trwał (nieprzerwanie) dłużej niż przez dwa kolejne dni (w niektórych latach nie pojawił się w ogóle). Za to w okresie 2018-2023 roku fale upału (≥ 3 kolejne dni) wystąpiły we wszystkich latach.

Wykres 1.

Na wykresie (2) ukazana jest ilość fal upału odnotowanych na oficjalnych stacjach warszawskich począwszy od dekady 1881-1890. Trwający do dziś trend wzrostowy rozpoczął się w dekadzie 1981-1990. Aż do tej dekady (włącznie) średnia frekwencja fal upału w roku była mniejsza od jedności, a w dekadach 1911-1920, 1951-1960 i 1971-1980 taka fala pojawiała się średnio raz na pięć lat! Były wtenczas rzadkością. Ale w dekadzie 2011-2020 średnia liczba fal upałowych w roku zbliżyła się do dwóch. Nie były już nadzwyczajnym wydarzeniem.

Wykres 2.

Średni czas trwania nadłuższych epizodów upalnych w roku (≥ 1 dzień) wydłuża się (wykres 3). Należy zaznaczyć, że o ile „fala upału” to co najmniej 3 kolejne dni, to „epizod” oznacza każde najdłuższe (najwięcej kolejnych dni) pojawienie się upału w danym roku, choćby był to tylko jeden dzień. (W niektórych latach upał się nie pojawił w ogóle).

Wykres 3.

Rekordowo upalną (średnia Tmax 36,3°C) falą (wykres 4) w omawianym okresie jest ta z roku 1943, trwała jednak tylko trzy dni (21-23 sierpnia).

Wykres 4.

* Dane: SMW / TNW / PIM / PIHM / IMGW-PIB. Seria pierwotna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

VarsoviaKlimat.pl

31 grudnia 2022 – 2 stycznia 2023: przełomowe ciepło

0

Zapowiadając (28 grudnia 2022) prognozę pogody na dni 1-2 stycznia 2023 roku, Tomasz Zubilewicz nie mógł powstrzymać zdumienia. A gdyby wtedy wiedział, że w Warszawie zamiast +13 stopni będzie +19°C …

Nad ranem 31 grudnia było jeszcze w miarę normalnie, temperatura spadła na stacji Okęcie do 0,3°C. Jednak potem zaczęło się termiczne szaleństwo. Wieczorem było już 14 stopni; w noc sylwestrową temperatura spadła tylko do 13,4°C, po czym po wschodzie słońca w Nowy Rok termometry stołeczne poszybowały w górę jeszcze bardziej. Wczesnym popołudniem na Okęciu zanotowano 18,9°C, na stacji w Regułach k/Piastowa jeszcze wyżej bo 19,1°C, i prawdopodobnie na niektórych termometrach w środku miasta i/lub jego okolicy przebita została dwudziestka. W kolejną noc Tmin była niższa, jednak 7,3°C to ciągle skrajnie wysoko; w południe 2 stycznia 14,1°C również oznacza pobicie poprzedniego rekordu ciepła styczniowego (13,8°C z 12/01/1993).

Termiczny bilans tych trzech dni wygląda następująco (wartości średnie dobowe to średnia arytmetyczna Tmax/Tmin), w nawiasach poprzednie warszawskie rekordy ciepła dla tychże dni (z serii pierwotnej) oraz lata, w których miały miejsce:

31 grudnia – Tmin 0,3°C, Tmax 14,1°C (13,4°C – 1925), Tśr 7,2°C (nie jest rekordowa).
1 stycznia – Tmin 13,4°C (8,1°C – 2022), Tmax 18,9°C (10,2°C – 2007), Tśr 16,2°C (8,9°C – 2022).
2 stycznia – Tmin 7,3°C (5,5°C – 1902), Tmax 14,1°C (10,6°C – 2022), Tśr 10,7°C (7,1°C – 2022).

Jak widać, w dniu Nowego Roku nastąpiła totalna deklasacja uprzedniej rekordowej temperatury, skoro nowa ją przerosła o 8,7 stopni! Trudno to skomentować, naturalną reakcją na widok tej zmiany jest osłupienie.

A to nie wszystko, gdyż Tmin 13,4°C jest rekordowo wysoka nie tylko dla dnia 1 stycznia, lecz także dla całej zimy meteorologicznej (poprzedni rekord to 10,0°C z 12 grudnia 1994, to był jedyny przypadek gdy dobowa Tmin była dwucyfrowa). Mało tego, pokonała ona nawet rekordy marca i listopada (odpowiednio 11,4°C z 26/03/2010 i 13,1°C z 11/11/2015)! Rekordem zimy jest także temperatura maksymalna 18,9°C (poprzedni rekord to 18,3°C z 25 lutego 2021); jak widzimy, jest ona bardzo bliska najwyższej Tmax listopada (20,2°C z 02/11/1928). Tśr 1 stycznia (16,2°C) wręcz wdeptała w ziemię dotychczasowy rekord zimy (12,2°C z 26 lutego 1989), a co wydaje się niepojęte, pobiła także rekordy marca (16,1°C z 26/03/2010) oraz listopada (15,4°C z 02/11/2018). Warunki termiczne nocy sylwestrowej i pory dziennej Nowego Roku 2023 są normalne nie dla marca ani kwietnia (jak się mówi w mediach), tylko dla maja. A nie są też niczym niezwykłym dla niejednego dnia lipcowego czy sierpniowego!

Średnia temperatura tych trzech dni wynosi 11,4°C, to wartość znacznie wyższa od średnich wieloletnich temperatur kwietnia i października. Chyba nie zauważyli tego ci komentatorzy którzy głosili, że wtenczas mieliśmy aurę „marcową”.

Może ktoś powiedzieć, że to tylko trzy dni, a różne anomalie się zdarzają, więc ta fala ciepła na przełomie roku nie ma znaczenia klimatycznego. Nie zgadzam się z takim poglądem. To, że temperatury były tak wysokie jest wydarzeniem samym w sobie bardzo ważnym, ale może jeszcze ważniejsze jest to, że zbliżone ciepło nie zdarzyło się o tej porze roku przez ponad 300 lat (co najmniej). Musi więc istnieć jakiś czynnik dodatkowy (poza sytuacją baryczną), który to umożliwił właśnie teraz. Moim zdaniem, jest nim wyższa niż w ostatnich stuleciach temperatura wód oceanu oraz nagrzanie lądu w Afryce Północnej. Jest to łańcuch przyczynowo-skutkowy związany z globalnym ociepleniem, czego dodatkowo dowodzi fakt, że tegoroczny rekord nie wziął się z niczego; stanowi jeno spektakularne zwieńczenie tendencji stopniowego wzrostu najwyższych temperatur zimy która trwa od połowy XIX wieku, czyli od zakończenia tzw. Małej Epoki Lodowej.

Poniższy wykres ukazuje najwyższe temperatury notowane w sezonach zimowych na oficjalnych posterunkach/stacjach warszawskich od 1779 roku.

Dane z oficjalnych posterunków/stacji warszawskich. 1779-1828 seria homogeniczna, 1829-2023 pierwotna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Ja widać – wbrew temu co głoszą niektóre popularne mass-media – tendencja coraz cieplejszych dni zimą nie rozpoczęła się kilka czy kilkanaście lat temu, gdyż trwa od końca XIX wieku wzrastając od około (średnio) +8 stopni Celsjusza, do ok. 12,5 stopni. Trzeba przy tym dostrzec, że do lat 1960/80-tych wzrost wynosi 1-2 stopnie, a od tegoż okresu do 23-lecia XXI wieku – aż prawie 3,5 stopni.

Najmniej „odwilżowe” były zimy 1799/1800, 1829/30 oraz 1894/95 – we wszystkich najwyższa temperatura wynosi tylko 3,4°C. Ostatnią zimą która miała porównywalną wartość (4,1°C) był sezon 1969/70.

To, co się stało w dniach 31 grudnia 2022-2 stycznia 2023, jest też potężnym przełomem psychologicznym. Do tej pory absolutną sensacją byłyby temperatury sięgające zimą 13-15 stopni w stolicy. A teraz, co to takiego? Przecież mieliśmy już kilka stopni więcej, tak może powiedzieć każdy warszawiak. A plusowe temperatury jednocyfrowe zimą – nawet wielodniowe – już niemal nie robią wrażenia. Przyzwyczajamy się do nowego typu zim.

Taka ewolucja klimatu z upływem czasu będzie nam jednak niosła (oprócz pozytywnych) także negatywne następstwa, do których też będziemy się musieli dostosować, a będą one coraz poważniejsze.

VarsoviaKlimat.pl

Szare święta Bożego Narodzenia to już tradycja

0

Po dniach mroźnych i śnieżnych rozpoczęła się odwilż w Warszawie, a prognozy nie dają nadziei na powrót zimy podczas świąt tegorocznych. Wielu wielbicieli „białych świąt” zapewne zmartwi, że zwyżka temperatury właśnie w dniach BN, stała się w ostatnim okresie historycznym czymś normalnym. Wyraźnie na to wskazuje poniższy wykres średnich dobowych temperatur maksymalnych, średnich i minimalnych w grudniu w XXI stuleciu. 21 lat to wystarczająco wiele, aby na tej podstawie wyciągnąć wniosek, że ocieplenie bożonarodzeniowe to zjawisko o cechach wieloletniej trwałości.

Dane: IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jak widać, średnia temperatura dobowa z powrotem (po uprzednim spadku) podnosi się podczas świąt ponad zero, dając poważną szansę na Święta szare zamiast białych. Czy ten brak świątecznego śniegu jest jednak zjawiskiem nowym, trwającym dopiero od kilku, czy choćby kilkunastu lat?

Otóż okazuje się, że nie. Fatalnie pod tym względem wygląda dekada 2011-2020. Licząc trzy dni (24-26 grudnia), całkowity brak mierzalnej (min. 1 cm) pokrywy śnieżnej na ziemi notowano w Warszawie aż w 8 latach! W dekadzie poprzedniej 2001-2010, bezśnieżnych Świąt BN jest 5. Dekada 1991-2000 ma ich też 5, ale 1981-1990 – 7, a dekada 1971-1980 – znowu 8. Trzeba też wiedzieć, że wiele z tych „śnieżnych” miało śnieg na ziemi w dwóch dniach zamiast trzech, a niekiedy tylko w jednym. Nawet w dawniejszych okresach historycznych „białe Święta” nie były gwarantowane w Warszawie.

Komentatorzy którzy dostrzegli omówioną prawidłowość, niekiedy zwracają uwagę, że odwilż bożonarodzeniowa jest niejako odpowiednikiem tradycyjnego ochłodzenia majowego, znanego jako „zimni ogrodnicy”, przypadający na dni imienin Pankracego, Serwacego i Bonifacego (12-14 maja), do których dochodzi słynna „zimna Zośka” (15 maja). Czy wykres temperatur dobowych dla maja z obecnego stulecia potwierdza tę prawidłowość? Okazuje się, że tak.

Dane: IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl

Warto zauważyć, że apogeum ochłodzenia przypada na dzień po „Zośce” czyli 16 maja. Przy czym ciekawe jest też to, że o ile w przypadku grudnia wzrost średnich wartości temperatur maksymalnych i minimalnych jest niemal identyczny, o tyle w maju sytuacja jest inna. Mówi się bardzo dużo o zagrożeniu przymrozkami w dniach „zimnych ogrodników”, jednak statystyka wykazuje, że spadek majowej temperatury maksymalnej jest znacznie większy (około -4 stopnie) niż minimalnej (ok. -2 st.). Temat przymrozków majowych będzie omówiony w innym artykule.

Przy tym wszystkim należy pamiętać, że wnioski z niniejszego artykułu dotyczą temperatur średnich. Ich spadek nie oznacza, że nie są możliwe mroźne/śnieżne Święta BN ani bardzo ciepli „ogrodnicy”; znaczy to tyle, że ich prawdopodobieństwo jest mniejsze, niż wersji przeciwnych.

VarsoviaKlimat.pl

Czy w Warszawie będzie 40 stopni?

0

W obecnym sezonie letnim media zapowiadały już w Polsce temperatury sięgające 40-stu, a nawet 42 stopni Celsjusza. To się nie sprawdziło (jak dotąd), więc oficjalnym rekordem Polski pozostaje 40,2°C zanotowane w Prószkowie k/Opola w roku 1921. Czy trwające ocieplenie klimatu sprawi, że granica 40-stu stopni zostanie osiągnięta/przekroczona w stolicy?

Podobnie jak w przypadku innych parametrów temperaturowych, średnia najwyższa roczna temperatura także wykazuje tendencję wzrostową w Warszawie w ostatnim stuleciu; od nieco ponad 32 stopni do lekko nad 33°, czyli wzrost o około 1 stopień Celsjusza. Wzrost ten jest jednak wynikiem przede wszystkim większej liczby maksimów „umiarkowanych”, czyli w okolicach 32 stopni, a mniejszej – niższych.

Rekord z roku 1943 (36,8°C) został pokonany dopiero w 2013, i to niewielką różnicą. Na szerokości geograficznej Warszawy (i blisko niej) zarówno w Polsce, jak i innych krajach Europy jest wiele stacji, które odnotowały wyższe rekordy od warszawskiego; niekiedy znacznie wyższe. Przykładowo, na stacji Londyn-Heathrow w lipcu 2022 roku zanotowano 40,2°C. Nawet w Hamburgu nad zimnym Morzem Północnym zaobserwowano 39,1°C. Obie te stacje mają klimatycznie chłodniejsze sezony letnie, niż Warszawa.

Warszawskie maximum absolutne w omawianym stuleciu to 37,0°C (rok 2013), a najniższe 26,8°C (1980). Rok 1980 jest (jak dotąd) ostatnim, w którym nie pojawił się ani jeden dzień upalny; wcześniej zdarzyło się to w latach 1925, 1960, 1970 i 1978. Oto najwyższe absolutne maksima zanotowane w ostatnim stuleciu w Warszawie.

Dane PIM / PIHM / IMGW-PIB, opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Nie widać powodu, z którego Warszawa nie mogłaby pokonać na oficjalnej stacji swojego wiekowego rekordu w ciągu najbliższych kilku lat. Moim zdaniem kwestią czasu jest przekroczenie 38 stopni, a może nawet 39-ciu. Mniejsze są szanse na 40-tkę, do której stolicy daleko; zapewne prędzej ona nastąpi na zachodzie Polski, gdzie są bardziej sprzyjające warunki dla występowania ekstremalnie wysokich temperatur.

Należy podkreślić, że 37,0°C jest rekordem oficjalnym, zanotowanym na Okęciu. To oczywiste, że na stacjach wewnątrz miasta, silniej ulegających wpływowi tzw. miejskiej wyspy ciepła, temperatury bywają wyższe niż na pozamiejskiej stacji lotniskowej. W roku 1943 na stacji Bielany zanotowano 37,4°C, a w roku 2015 na śródmiejskiej stacji Filtry było 37,7°C.

VarsoviaKlimat.pl

Czy wiosna 2021 roku jest (jak dotąd) tak bardzo zimna?

0

Zaraz mija pierwsza dekada maja, dotkliwe dla wielu osób chłody wiosenne ciągle trwają, więc coraz więcej pojawia się u nas opinii, jakoby tegoroczna wiosna była wyjątkowo, wręcz niesłychanie zimna. Osobiste odczucia ludzi mogą być różne, trudno tu o obiektywne kryteria. Można jednak pokusić się o obiektywną odpowiedź na pytanie: czy wczesna wiosna taka jak tegoroczna, jest w naszym klimacie tak dużo zimniejsza od tego, jaka powinna być?

W tym roku 2021 średnia temperatura dwóch miesięcy – marca i kwietnia – wyniosła w Warszawie 5,3°C. Sprawdźmy, ile było w ostatnim stuleciu analogicznych okresów 2-miesięcznych (marzec-kwiecień) zimniejszych niż tegoroczny (czyli o niższej odeń średniej temperaturze). Oto one, w następujących latach:

1922, 1923, 1924, 1925, 1928, 1929, 1931, 1932, 1933, 1935, 1940, 1941, 1942, 1944, 1945, 1947, 1949, 1951, 1952, 1954, 1955, 1956, 1958, 1960, 1962, 1963, 1964, 1965, 1969, 1970, 1971, 1976, 1978, 1979, 1980, 1981, 1982, 1987, 1988, 1993, 1996, 1997, 2001, 2003, 2005, 2006, 2013.

W sumie 47 przypadków na 100 lat. Prawie połowa! Ile ich było w rozbiciu na dekady?

Dekada pierwsza (lat 1920-tych): 6, druga 30-tych 5, trzecia 40-tych 6, czwarta 50-tych 7, piąta 60-tych 6, szósta 70-tych 5, siódma 80-tych 4, ósma 90-tych 3, dziewiąta (2001-2010) 4, dziesiąta (2011-2020) tylko 1.

Wnioski z tej wyliczanki są oczywiste: aż do końca lat 1970-tych, a nawet 1980-tych, marce-kwietnie w zakresie ciepłoty zimniejsze od tegorocznej były zjawiskiem częstym i normalnym, występowały przeciętnie co drugi rok.

Widać, że od dekady 1981-1990 mamy do czynienia ze spadkową tendencją tak zimnych wiosen, a czymś absolutnie nadzwyczajnym był niemal całkowity ich brak w dekadzie 2011-2020.

Wiekowy trend temperatury dla okresu marzec-kwiecień jest jednoznacznie rosnący, co wyraźnie widać na wykresie.

(Wykres bazuje na danych ze stacji Obserwatorium Astronomiczne, Stacja Pomp Rzecznych, Bielany, Okęcie; dane częściowo przetworzone)

Jak na razie, tegoroczna rzekomo „skrajnie zimna wiosna” wygląda tylko na przejściową i raczej lekką korektę silnego trendu ocieplenia. Prawie do samego końca XX wieku nie zostałaby ona uznana za zimną w Warszawie, a co najwyżej za lekko chłodną, mieszczącą się w szerokiej normie.

Nasze subiektywne kryteria oceny zmieniają się. Szybko przyzwyczajamy się do ciepła jakiego nowożytna Warszawa nie znała, skwapliwie przyjmując je jako nową normę (bo przecież większość z nas lubi ciepło) i narzekając, gdy warszawska pogoda niekiedy na jakiś czas „powraca” do tego, co kiedyś było – no właśnie – normalne.

VarsoviaKlimat.pl

Czy pierwsza połowa kwietnia była nadzwyczajnie zimna?

0

Ostatnio mamy w Warszawie zimne, brzydkie (pochmurne, mgliste, deszczowo-śnieżne) dni. Przedwczoraj padał gęsty śnieg, aura była iście zimowa. Większość warszawiaków (ze mną włącznie) raczej nie lubi takiej aury w kwietniu, oczekując bardziej „wiosennej”. Coraz więcej w mediach komentarzy wyrażających przykre zdziwienie i zaskoczenie pogodą, która według nich „nie powinna” mieć już miejsca w tym sezonie.

Rozdzielmy od siebie dwie kwestie: emocjonalną (czy nam się taka pogoda podoba, czy nie) oraz klimatyczną. W tym komentarzu zajmiemy się tą drugą, szukając odpowiedzi na pytanie, czy ta aura odbiega istotnie od normy, czy rzeczywiście jest ona w kwietniu (jak to ktoś określił) „pogodowym szaleństwem”?

Odpowiedź jest przecząca. Taka pogoda pierwszej połowy kwietnia (a mówiąc ściślej, tak zimna aura podczas większości dni) jaką mieliśmy w tym roku 2021, nie odbiega od normy w żadnym skrajnym stopniu.

Dowodzą tego warszawskie statystyki historyczne. Choćby średnia temperatura maksymalna (najwyższa dobowa). Dla okresu 1-15 kwietnia w tym roku jej wartość (na Okęciu) wynosi 10,7°C. Daleko od tych 20+ stopni za którymi tak wielu z nas tęskni, prawda? Jest to też temperatura niższa od średniej dla najnowszego 30-letniego okresu referencyjnego (1991-2020), która wynosi 12,3°C. Różnica (deficyt ciepła) wynosi więc -1,6°C, co pozwala zakwalifikować pierwszą połowę tegorocznego kwietnia jako tylko umiarkowanie chłodniejszą od przeciętnej.

W tej sytuacji nie dziwi fakt, że w przeszłości jeszcze zimniejszych pierwszych połówek kwietnia nie brakowało w Warszawie. Dopiero w XXI stuleciu – wraz z postępami ocieplenia klimatycznego – stały się one rzadkie; zdarzyły się w 20-leciu (2001-2020) tylko czterokrotnie (w latach 2013, 2012, 2003). W tymże okresie zdarzały się więc przeciętnie w jednym kwietniu na pięć. Ale w okresie półwiecza 1951-2000 takich kwietni było w sumie 21, czyli więcej niż co trzeci kwiecień miał swoją pierwszą połowę zimniejszą, niż tegoroczny.

Także statystyki mrozowe nie wykazują, aby w tegorocznym kwietniu działo się coś niezwykłego. Dni z przymrozkiem do tej pory w tym miesiącu było 4, podczas gdy normy historycznych okresów referencyjnych dla całego miesiąca wynoszą 5-6, „limit” miesięczny nie został więc jeszcze „wyczerpany”.

Najniższa Tmin obecnego kwietnia (jak dotąd) to -1,9°C; to nawet wartość wyższa od przeciętnej dla tego parametru, która historycznie (dla XX wieku) wynosi od -3° do -4°C.

Wielu obserwatorów wyrażało ostatnio zdziwienie śniegiem kwietniowym, zadawano nawet pytanie, czy oznacza on koniec ocieplenia polskiego klimatu? W Warszawie padający śnieg do tej pory w tegorocznym kwietniu nie utworzył pokrywy na ziemi. Jednak śnieg leżał na ziemi w kwietniu w stolicy nie tak dawno temu, bo ostatnio w roku 2017, a wcześniej w tym stuleciu w latach 2013 i 2003. Tylko trzy razy w dwóch dekadach, co ma związek z ociepleniem klimatu, ale dawniej zdarzało się to częściej: w dekadzie 1991-2000 dwa razy, w 1981-1990 pięć, w 1971-1980 cztery, w 1961-1970 pięć, a w dekadzie 1951-1960 pokrywę śnieżną odnotowano także w pięciu kwietniach. Można więc ogólnie stwierdzić, że do lat 1980-tych, śnieg na ziemi pojawiał się w Warszawie w niemal co drugim kwietniu.

W okresie 1951-2020, najzimniejsza pierwsza połowa kwietnia przypadła w roku 1958: średnia Tmax wyniosła wtedy 4,8°C na stacji Okęcie. Przypomnijmy sobie, że w kwietniu tegorocznym było to 10,7°C.

(Oprac. na podstawie danych IMGW-PIB)

VarsoviaKlimat.pl

Temperatura punktu rosy jako kryterium odczucia „parności”

3

Mamy ostatnio parne, duszne dni w mieście. I jak zwykle, towarzyszą temu narzekania warszawiaków. Może jednak powinni się do takich warunków latem przyzwyczajać, bo dni bardzo ciepłe, gorące, a nawet upalne i jednocześnie wilgotne, parne, zdarzają się u nas coraz częściej wraz z postępami ocieplenia klimatu. Warto więc ustalić sobie jakieś kryterium oceny parności.

W polskich (i nie tylko polskich) mediach najczęściej stosuje się pojęcie „temperatury odczuwalnej”. W uproszczeniu chodzi o to, że przy wysokich temperaturach większa wilgotność powietrza utrudnia organizmowi człowieka schładzanie ciała (oddawanie nadmiaru ciepła otoczeniu) przez wydalanie wody (czyli pocenie się), co powoduje, że nasze odczucie gorąca nasila się przy niezmienionej temperaturze, ale większej wilgotności. Gdy pary wodnej w powietrzu już jest dużo, to mniej pozostaje miejsca by pomieścić jej więcej (np. z wydalania przez ciało człowieka). Innymi słowy, przy stosunkowo wysokiej wilgotności daną temperaturę powietrza odczuwamy tak, jakby była ona wyższa od wskazania samego termometru. Każdy wie, że upał znosi się lepiej, gdy powietrze jest suche. Istnieją odpowiednie skale przeliczania temperatury z termometru na taką, jaką nasze ciało odczuwa. Słyszymy więc w mediach, że np. temperatura powietrza wynosi 30 stopni, ale odczuwalna jest wyższa, z powodu dużej wilgotności.

Jednak dla mnie takie przeliczniki nie są pożyteczne. Gdy badam pogodę i klimat Warszawy oraz ich ewolucję w czasie, to ważna jest dla mnie rzeczywista temperatura powietrza, a nie temperatura jaką „odczuwam”. Dla mnie informacja że temperatura wynosi 30 stopni, a odczuwalna np. przekracza 40, jest raczej abstrakcyjna. Poza tym, jak wspomniałem, chciałbym jakoś oceniać parność. Choćby dlatego, żeby na bazie prostego, porównywalnego kryterium móc badać ewolucję liczby dni parnych w Warszawie. Z upływem lat ubywa ich, czy przybywa? Na jakiej podstawie to określać? „Temperatura odczuwalna” się do tego nie nadaje, przyjąłem więc inne kryterium: tzw. temperaturę punktu rosy (TPR). Co to jest?

Każdy wie, że powietrze na naszej planecie zawsze zawiera mniejszą lub większą ilość pary wodnej; a więc powietrze bywa mniej lub bardziej wilgotne. Podstawowym w meteorologii kryterium wilgotności powietrza jest tzw. wilgotność względna. Wilgotność względna to stosunek procentowy ilości pary wodnej znajdującej się w powietrzu w danej chwili przy danej temperaturze, do tej ilości pary, jaka przy tejże temperaturze byłaby konieczna dla pełnego, 100% nasycenia powietrza parą, umożliwiając jej kondensację, czyli skroplenie (w postaci rosy, mgły lub opadu atmosferycznego).

Fizyka atmosfery mówi nam, że im powietrze jest cieplejsze, tym więcej pary wodnej może pomieścić. Mówiąc inaczej: im powietrze jest cieplejsze, tym więcej pary wodnej potrzeba, aby je w pełni (w 100%) parą nasycić. Co oznacza, że ten sam procent wilgotności względnej, ale przy wyższej temperaturze, wskazuje że w powietrzu jest więcej pary wodnej, niż przy temperaturze niższej. Jak już wiemy, im więcej jest wilgoci (pary wodnej) w powietrzu, tym niższy jest próg wytrzymałości ludzkiego organizmu na wysokie temperatury. Jak więc można określić kolejne progi niebezpiecznych dla ludzkiego organizmu poziomów ciepłej wilgotności, odczuwanej jako parność powietrza?

Służy temu właśnie określanie temperatury punktu rosy (w stopniach Celsjusza). TPR jest wartością teoretyczną; ukazuje ile termometr powinien wskazywać stopni w danym momencie rzeczywistym, aby obecna w tymże momencie w powietrzu para wodna nasyciła powietrze w 100%, powodując skraplanie tejże pary. Czyli: jeżeli wilgotność względna jest niższa od 100% (tak jest najczęściej, rzecz jasna), to TPR musi być niższa od temperatury, jaka faktycznie w danym momencie panuje. Wiemy już, że aby obliczyć TPR, nie wystarczy znać procent wilgotności względnej, skoro ten sam jej procent przy różnych (faktycznych) temperaturach, daje różną ilość pary w powietrzu. Trzeba więc uwzględniać w obliczeniu także realną, panującą w interesującej nas chwili temperaturę powietrza. Te dwa parametry wystarczyły do stworzenia wzoru do obliczania TPR. Jest on raczej skomplikowany, ale jak ktoś nie chce się nim przejmować, to nie musi, ponieważ w sieci jest łatwo dostępna automatyczna konwersja temperatury+wilgotnośąci na TPR. Poniżej omówienie przykładowej sytuacji, która ilustruje zależność tych trzech parametrów.

Gdy TPR w danym momencie (przy określonej rzeczywistej temperaturze i wilgotności względnej) wynosi na przykład 15°C, to oznacza to, że w tymże momencie obecna w powietrzu rzeczywista ilość pary wodnej doprowadziłaby do pełnego nasycenia powietrza wilgocią przy tej właśnie temperaturze powietrza. Przykładowo: gdy temperatura powietrza wynosi 20°C, to wspomnianą TPR uzyskamy gdy wilgotność względna wyniesie 72%.

A jeśli za chwilę ilość pary wodnej wzrośnie przy niezmienionej temperaturze, to wzrośnie także wskaźnik wilgotności względnej, a razem z nim – także TPR (gdy wilgotność względna dojdzie do 100%, wówczas wartości rzeczywistej temperatury powietrza i TPR wyrównują się). Przykładowo: temperatura trzyma się na (uprzednim) poziomie 20°C, ale wilgotność wzrosła do 80%; wtedy TPR wyniesie 16,5°C.

To oczywiste, że jeżeli wzrośnie temperatura, a ilość pary wodnej pozostanie bez zmiany, to spadnie wskaźnik wilgotności względnej, a co za tym idzie, spadnie także TPR. Gdy temperatura powietrza rośnie, a ilość pary spada, to TPR spada jeszcze bardziej. Nie ma wtedy zagrożenia nasileniem duchoty i parności, mimo, że jest coraz goręcej.

Wiemy już, że jeśli temperatura powietrza rośnie, a wilgotność względna nie zmienia się, to oznacza to wzrost rzeczywistej ilości pary wodnej. Jest więc czymś oczywistym, że gdy podnosi się zarówno temperatura powietrza jak i wilgotność względna, to oznacza to zdwojony wzrost tak ilości pary wodnej, jak i wartości TPR. Przykładowo: temperatura wzrosła do 25°C, a wilgotność pozostała na poziomie 80%. TPR wynosi wtedy 21°C, robi się więc bardzo parno (wg poniższej klasyfikacji).

Wniosek: im wyższa jest wartość TPR, tym silniejsze jest odczucie parności przez organizm ludzki, oczywiście powyżej pewnej dolnej granicy temperatury powietrza (o niej poniżej), bo nie odczuwamy parności, gdy jest zimno. Jeżeli panuje upał a pary wodnej jest mało, to wskaźnikTPR może być nawet ujemny.

Jak się dowiedzieć, czy podawana wartość TPR oznacza ciepłą/parną wilgoć powodującą że zaczynamy się pocić (zwłaszcza w nieklimatyzowanych pomieszczeniach), nawet przy braku wysiłku fizycznego?

W sieci odpowiednie tabele (klasyfikacje) TPR znajdują się na wielu stronach. Po ich przeanalizowaniu stworzyłem sobie taką, co pasuje do moich osobistych odczuć. Według niej, poszczególne poziomy TPR odbierane są przez organizm przeciętnego człowieka (np. mój) następująco (temperatury punktu rosy °C i odczucia):

TPR do 13° (nieodczuwalnie lub przyjemnie); 13°-15° (neutralnie); 16°-18° (pojawia się poczucie lepkości); 19°-21° (uciążliwa parność); 22°-24° (męcząca parność); TPR 24° i więcej (przytłaczająca parność). Od tej granicy duchota może nawet zagrażać życiu, z powodu przegrzania organizmu. Nie znalazłem w annałach przypadku, aby ten poziom został osiągnięty w Warszawie, na szczęście. Tak wysokiego poziomu więc nie doświadczyłem. Jak dotąd.

Jest wiele świadectw, że „duchota” staje się tematem medialnym, gdy TPR osiąga i przekracza 18 stopni. Przykładowo: w roku 2010 jeden z obserwatorów napisał: „W sierpniu, kiedy noce powinny być już zdecydowanie chłodne, kilka z nich było nieznośnie gorących i parnych.”[1] Faktycznie, na przykład w nocy z 14 na 15 sierpnia TPR wahała się w okolicach 20 stopni (całodobowo w tych dniach dochodząc do 23°C, czyli wartości określonej jako męcząca parność”, której nie powstydziłyby się wilgotne strefy tropikalne). 15 sierpnia najniższa temperatura nad ranem wyniosła 20 stopni (o północy 23°), najwyższa dniem 33 stopnie. Wilgotność względna nocą długo sięgała 90%, w dzień nie spadła poniżej 50%. Nie jest przesadą nazwanie tego dnia „tropikiem”. W warunkach warszawskich, taka pogoda jest niebezpieczna szczególnie dla osób starszych i/lub cierpiących na różne schorzenia.

Jak powiedziałem, powyższa klasyfikacja odpowiada moim osobistym odczuciom. Rzeczywiście ciepła wilgotność staje się dla mnie odczuwalna i zaczynam się pocić (nawet, gdy nie wykonuję żadnego wysiłku fizycznego) gdy TPR przekracza 16 stopni; nawet, gdy na dworze nie ma upału. Tak było na przykład 10 czerwca br., mimo, że najwyższa temperatura powietrza tego dnia sięgnęła zaledwie 23 stopni.

Przyjąłem więc średnią dobową wartość temperatury punktu rosy 16,0°C, jako dolną granicę „dnia parnego”. Zaznaczyć trzeba, że klasyfikacja TPR to nie jedyne kryterium parności, istnieją też inne. Np. kanadyjski Humidex albo amerykański Heat Index (HI). Każdy może sobie wybrać, co mu odpowiada.

Intensywną parność zawsze odczuwano w Warszawie dotkliwie. Przykładowo, 27 maja 1821 roku. Jak pisał warszawski obserwator, Antoni Magier: „Dnia 27 maia po dniach chłodnych i wilgotnych nagle ciepło do 21 stopni [26°C] doszło; uważano, że tego dnia w szpitalach tuteyszych [warszawskich] więcey iak zwyczaynie ludzi umarło”[2]. Wydawałoby się, że 26-27 stopni to nie jest aż tak dramatyczne gorąco, które by istotnie zwiększyło liczbę zgonów w mieście, nawet w szpitalach. Jaka była więc tego przyczyna?

Zagadka zostaje rozwiązana, gdy się spojrzy na najniższą wilgotność względną zmierzoną przez tegoż Magiera w najcieplejszej, popołudniowej porze dnia: 81%, co daje wtedy TPR w wysokości 22,5°C, czyli bardzo wysoką, zbliżoną do wartości z 14-15 sierpnia 2010. Było bardzo parno i duszno, a pamiętajmy, że w roku 1821 nigdzie nie było nie tylko klimatyzacji, ale nawet porządnych systemów czy urządzeń wentylacyjnych. Przy braku wiatru, w szpitalach panowała „sauna”, fatalna dla pacjentów zwłaszcza starszych, z chorobami np. układu krążenia.

Przyjęta klasyfikacja umożliwia badanie historycznej ewolucji liczby dni parnych w Warszawie. Aby to robić, wystarczy znać temperaturę powietrza i wilgotność względną, i korzystać z automatycznej konwersji temperatury/wilgotności na TPR. Poza tym, coraz częściej TPR jest na bieżąco uwzględniana na stronach pogodowo-klimatycznych obok innych podstawowych parametrów pogody.

VarsoviaKlimat.pl

 

[1] T. Ulanowski, Do diabła z taką pogodą!, w: Gazeta Wyborcza z 08/09/2010.

[2] Gazeta Korrespondenta Warszawskiego i Zagranicznego 34/1822.

Co dalej po suchym kwietniu?

0

Kończy się tegoroczny kwiecień, jak dotąd w Warszawie rekordowo suchy (tylko 0,4 mm opadu), więc jak zwykle w wypadkach sytuacji pogodowych coraz bardziej wyglądających na ekstremalne, w popularnych środkach masowego przekazu narasta histeria. Prasa, radio, telewizja, internet pełne są u nas komentarzy zapowiadających Apokalipsę suszy w tym roku: zrujnowane zbiory, zgorzałe lasy, wyschnięte rzeki, brak wody w kranach itd., itp.

Czy względnie suchy marzec, a teraz bardzo suchy kwiecień dają podstawy do wyciągania takiego wniosku? Jest on przedwczesny i pochopny. Nie można wykluczyć, że po takim kwietniu cały sezon wiosenno-letni będzie skrajnie suchy. Ale to mało prawdopodobne. Historia pogody warszawskiej wskazuje, że po skrajnie suchym kwietniu, w maju i/lub czerwcu i/lub lipcu sumy opadów znacznie wzrosną. Poniższy wykres przedstawia sumy opadowe trzech miesięcy następujących bezpośrednio po dwunastu najsuchszych kwietniach w dziejach obserwacji warszawskich. Są to te kwietnie, w których suma opadu nie dosięgnęła 10 mm wody.

Dane: IMGW-PIB, obserwacje historyczne.

Jak widać, we wszystkich przedstawionych przypadkach sumy opadowe w maju były większe niż w kwietniu, i to bardzo znacznie (z wyjątkiem maja 1814); tylko w trzech przypadkach maje mieściły się w kategorii suchych (w latach 1814, 1881, 1988). W większości przypadków okres maj-lipiec przynosił opady w granicach normalnych, a niekiedy były znacznie większe, w lipcu 1844 roku powodując nawet katastrofalną w skutkach powódź.

Były jednak również przypadki, że opady nie nadrabiały wczesnowiosennego deficytu, przez co sezon wegetacyjny w ogólności kwalifikował się jak posuszny, ze szkodą dla zbiorów i środowiska naturalnego. Tak było w latach 1895, 1976 oraz częściowo w dopiero co minionym 2019, gdy w maju jeden kilkudniowy okres deszczu (w dniach 12-23) uratował środkowe Mazowsze przed fatalną posuchą wiosenno-letnią (która i tak była poważna). Wysoce możliwe, że w tym roku zdarzy się coś podobnego w maju i/lub czerwcu.

A więc szanse na to, że po bardzo suchej pierwszej części wiosny nasze pola i lasy już wkrótce zostaną solidnie nawilżone i odetchną, roślinność odzyska świeżą zieleń, a przynajmniej część plonów będzie uratowana, są duże. Szkoda, że wielu komentatorów tego nie mówi, zamiast tego wolą po prostu straszyć suszą, drożyzną żywności itd.. Czy to oznacza, że nie dzieje się nic szczególnego w zakresie posuchy i nie ma powodu do zmartwień? Bynajmniej. Jednak na narastającą groźbę trwałego deficytu wody i wilgoci w regionie warszawskim wskazuje nie tyle tegoroczny kwiecień sam w sobie, co wieloletnia ewolucja opadu atmosferycznego i temperatury w skali całorocznej.

VarsoviaKlimat.pl

Przebieg temperatury obecnej „zimy” jest zdumiewający

0

Przebieg temperatury podczas obecnej zimy meteorologicznej (czyli od początku grudnia) bardzo mało ma wspólnego z tradycyjnym obrazem tego parametru w warunkach warszawskich. Oto wykres dotychczasowych (do 10/02/20) maksymalnych temperatur dobowych w tym sezonie, i dla porównania średnie wieloletnie wartości tegoż parametru z ostatniego 30-letniego okresu referencyjnego (1971-2000), który nie obejmował czasu nasilenia ocieplenia klimatycznego, trwającego od początku XXI wieku.
(Dzień 1 to 1 grudnia, dzień 91 to 28 lutego).

Obraz jaki się wyłania, jest zadziwiający. Nie chodzi nawet o to, że temperatury dobowe podczas obecnej zimy są tak wysokie; najbardziej uderza stabilność ich przewagi nad średnimi wieloletnimi, która od 1 grudnia do 10 lutego jest niemal nieprzerwana. Jest to zapewne zjawisko bez precedensu w dziejach warszawskich zim co najmniej od połowy XVII wieku. Coś takiego do tej pory się nie zdarzyło nawet podczas najłagodniejszych zim przez cały okres obserwacji.

Równie, a może jeszcze bardziej imponuje przewaga nad normą obecnej zimy w zakresie dobowych temperatur minimalnych (patrz poniższy wykres). Noce bez choćby lekkiego przymrozku, są bardzo częste tej zimy. Prawie żadna nie była zimniejsza niż to kiedyś było normalne. Nie było jeszcze mrozu dwucyfrowego, co też jest czymś nadzwyczajnym.

Dane IMiGW-PIB, opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jeśli obecna średnia temperatura lutego (obejmuje pierwszą dekadę miesiąca) do końca miesiąca nie ulegnie zmianie albo nawet tylko lekko się obniży, to zima (meteorologiczna, XII-II) okaże się najcieplejszą w ponad 300-letnich dziejach obserwacji warszawskich. Aktualnym (jeszcze?) zimowym rekordzistą cieplnym dla Warszawy jest sezon 1989/1990.

VarsoviaKlimat.pl