ANALIZY

Strona główna ANALIZY

Czerwiec 2024 wobec normy termicznej 1971-2000

0

Można by odnieść wrażenie, że czerwiec 2024 nie wyróżnia się specjalnie w aspekcie termicznym. W końcu przez dłuższe okresy temperatura była umiarkowana, nie było wtedy gorąco. Pierwszy dzień gorący nastąpił dopiero 15-ego dnia. Według informacji z popularnych portali pogodowych, wiele osób narzekało wtedy, że temperatury 19-25 stopni są za niskie dla czerwca.
Tego rodzaju reakcje świadczą z jednej strony o tym, że krótka jest pogodowa pamięć (albo jest to niewiedza) tych co nie zdają sobie sprawy, że przez setki lat temperatury właśnie tego rzędu były dla czerwca czymś normalnym.
Na poniższych wykresach mamy porównanie dobowych temperatur maksymalnych i minimalnych okresu referencyjnego 1971-2000 z rokiem 2024. Ostatnie 30-lecie XX wieku wybrałem z tego powodu, że bliżej oddaje rzeczywistość termiczną minionych stuleci, niż czasy późniejsze obejmujące już lata XXI stulecia.
Jeszcze jedna uwaga: jeśli ktoś myśli, że wspomniane 30-lecie to zamierzchła przeszłość z którą nie ma sensu obecnej sytuacji porównywać, to warto takiej osobie zwrócić uwagę, że wg polskiej statystyki demograficznej (z 2022 roku) około 26% ludności kraju stanowią ludzie w wieku 60+, a więc co czwarty Polak pamięta cały ten okres z własnego doświadczenia.
Poniższy wykres (1) ukazuje, że wbrew częstym opiniom, rzekomo „chłodna” pierwsza połowa czerwca tylko w siedmiu dniach miała temperatury maksymalne niższe od normy 1971-2000, przy czym tylko w dwóch jest to różnica poważna (choć nie ekstremalna) – ponad trzech stopni (12-13 czerwca).
A druga połowa miesiąca? Norma okresu 1971-2000 została zdeklasowana.
Dla całego miesiąca średnia temperatura maksymalna czerwca tegorocznego to 25,4°C, podczas gdy dla porównywanego 30-lecia tylko 21,3°C.

Wykres 1.

Dane: PIHM / IMGW / IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Ciekawe, że linia trendu dla okresu 1971-2000 prawie nie ulega zmianie od początku do końca miesiąca, oscylując stale wokół 22 stopni Celsjusza. Inaczej w roku 2024, gdy ta linia dramatycznie rośnie od 21 stopni na początku czerwca, do niemal 30 stopni (!) pod jego koniec.
Drugi wykres ukazuje różnice temperatur maksymalnych wynikające z powyższej prezentacji. Od 14 do końca miesiąca wszystkie dni 2024 roku miały temperatury powyżej starej średniej wieloletniej. Tylko w czterech dniach przewaga tegoroczna jest mała bądź umiarkowana. Największy deficyt termiczny roku 2024 to -3,3°C (dnia 13), podczas gdy największa przewaga to… +11,3°C (dnia 30).

Wykres 2.

Dane: PIHM / IMGW / IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Na wykresie (3) widać dobowe temperatury minimalne. Ich przebieg w 2024 roku i stosunek do normy 1971-2000 jest zbliżony do parametru temperatur maksymalnych. W 2024 roku trzynaście nocy miało Tmin ≥ 15,0°C; średnia ich liczba dla przedstawionego 30-lecia to… 4. Jedna noc (27/28) miała charakter tzw. tropikalny (Tmin ≥ 20,0°C). Ktoś teraz powie, że „tylko” jedna? Otóż w omawianym okresie w czerwcu była 1 taka noc. To nie pomyłka; słownie jedna (20,0°C z 7/8 czerwca 1998) przez 30 lat!
Średnia temperatura minimalna tegorocznego czerwca to 14,3°C, podczas gdy dla ostatniego 30-lecia XX wieku tylko 11,3°C.

Wykres 3.

* Dane: PIHM / IMGW / IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Wykres (4) ukazuje różnice termiczne dobowe wynikające z wykresu poprzedniego (3). Obraz jest nader wymowny. Powiedzieć, że krótkotrwały chłód z drugiego tygodnia został z nawiązką zrekompensowany później, to mało powiedzieć.

Wykres 4.

* Dane: PIHM / IMGW / IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Tak wygląda termicznie czerwiec tegoroczny wobec normy z końca XX wieku. Warto przypomnieć, że rekordowo ciepły czerwiec z niedawnego roku 2019 miał średnią temperaturę 22,7°C (czyli aż o 2,8 stopni wyższą niż tegoroczny). Wartość tego wskaźnika dla najgorętszych czerwców XX stulecia (z lat 1910, 1964, 1979) to zaledwie 19,7°C.
Zmiany termiczne w czerwcu w ostatnich latach są bardzo poważne.

VarsoviaKlimat.pl

Czy zima 2025/26 była „wyjątkowo mroźna i śnieżna”?

1

Czy zima 2025/26 była „wyjątkowo mroźna i śnieżna”? 

Śnieg, który spadł w stolicy w końcówce grudnia 2025 roku, stał się u nas od razu wielką sensacją medialną. A gdy w styczniu nastąpiły długotrwałe mrozy, to w przestrzeni publicznej aż furczało od komentarzy o zimowym armageddonie, niesłychanie ciężkiej zimie czy o siarczystych arktycznych mrozach; oczywiście odezwały się też głosy przekonujące, że ta „arktyczna” zima stanowi jakoby dowód na to, że ocieplenie klimatu nie istnieje. Czy tak jest rzeczywiście, czy w perspektywie historycznej dłuższej niż kilkunastoletnia, zima 2025/2026 jest faktycznie zjawiskiem tak szokująco anomalnym w naszej stolicy? Aby się o tym przekonać, można sięgnąć do annałów historycznych. W przypadku (obecnie) oficjalnej warszawskiej stacji obserwacyjnej – czyli lotniska międzynarodowego Okęcie – sięgają one niemal 100 lat wstecz (pierwszym sezonem jest 1932/33).

Poniższa uproszczona tabela (1) zawiera obliczone odchylenia od wiekowej normy temperatury powietrza poszczególnych miesięcy oraz zim meteorologicznych (grudzień-luty) i sezonów „śniegowych” (listopad-marzec), od skrajnie chłodnych do skrajnie ciepłych. Ukazanych jest pięć miesięcy (listopad-marzec) tworzących to, co nazwałem „sezonem śniegowym” (wiemy że śnieg czasem pada w Warszawie także w październiku i kwietniu, a nawet w maju, jednak za rzadko i za mało, by uwzględnić te miesiące w „zimowej” klasyfikacji termicznej). Chodzi o to, by uzyskać też wgląd w bezpośrednią „otoczkę” zimy meteorologicznej.

Tab. 1 cz. 1.

Tab. 1 cz. 2.

*Seria homogeniczna – dane ze stacji Okęcie, Bielany, Open-Meteo (ekstrapolacja). Źródło: PIM / PIHM / IMGW-PIB.

Powyższa tabela wyraźnie ukazuje, jak w trakcie niemal 100-letniego okresu następowało ocieplenie sezonu zimowego w trzech fazach: pierwsza to sezony 1971-1987, druga – 1988-2013, oraz trzecia – intensywniejsza – 2014-2025. Czy zima 2025/26 faktycznie okazuje się ekstremalnie mroźną, jak nam to wmawiają liczne media? Tak, ale wyłącznie w kontekście okresu lat 2014-2025. Wobec średniej temperatury całego okresu, zima meteorologiczna 2025/26 mieści się w termicznej normie, a pełny okres „śniegowy” jest nawet odeń cieplejszy.

Tabela 2) to ranking temperatur miesięcy i sezonów – od najniższych do najwyższych, oraz pokrywy śnieżnej na ziemi – jej suma sezonowa (cm) i długość zalegania (liczba dni, wysokość pokrywy minimum 1 cm).

Tab. 2 cz. 1.

Tab. 2 cz. 2.

*Seria homogeniczna – dane ze stacji Okęcie, Bielany, Open-Meteo (ekstrapolacja). Źródło: PIM / PIHM / IMGW-PIB.

Jak widać w powyższej tabeli, w żadnej kategorii sezon zimowy 2025/26 nie znalazł się w ścisłej czołówce najbardziej „zimowych”. Najwyżej znajduje się parametr „suma pokrywy śnieżnej” (poz. 17), co wynika z długotrwałego utrzymywania się na ziemi pokrywy śniegu spadłego głównie pod koniec grudnia. Rzekomo „niesłychanie mroźny” styczeń jest na pozycji 23., a luty wypada jeszcze słabiej, bo na 33-ej. Pozycje listopada (67), grudnia (85) oraz marca (ostatnia 94) raczej nie wymagają komentarza w tym kontekście. Średnia temperatura zimy meteorologicznej (-1,87°C) sytuuje ten sezon na niezbyt imponującej 37-ej pozycji, a gdy doliczymy listopad i marzec, to cały sezon „śniegowy” zjeżdża w dół na pozycję 70-tą.

Wracając do kwestii śniegu, jak wspomniano, suma jego pokrywy wypada stosunkowo najmocniej, bo na pozycji 17-tej, ale i tutaj pojawia się „haczyk”: w kategorii liczby dni z pokrywą śnieżną, zima 2025/26 wygląda znacznie słabiej (pozycja 43). A to dlatego, że pokrywa utrzymywała się tylko 24-25 listopada oraz od 31 grudnia do 23 lutego. Poza tym nie było jej w ogóle.

Tak naprawdę, jedynym nadzwyczajnym wyróżnikiem minionej zimy jest nieprzerwane utrzymywanie się śniegu na ziemi przez cały styczeń i większość lutego, co wynika ze „szczęśliwego” zbiegu dwóch okoliczności: pierwszej – dość znacznej ilości „białego puchu” spadłego w dniach 30 grudnia 2025 – 4 stycznia 2026 (w sumie 29 cm), oraz drugiej – zaraz po ustaniu opadów nastąpił kilkudniowy mróz, który zmroził i skonsolidował tę pokrywę. Gdy w dniach 10-11 stycznia jeszcze dosypało 10 cm, dodatkowo „utrwalonych” drugą falą mrozów (w dniach 16-25 stycznia), to powstały sprzyjające warunki do przetrwania kolejnych odwilży przez zalegający śnieg. Poza tym, odwilże te były zrazu słabe i krótkie, dopiero w dniach 11-13 lutego silniejsza, ale nawet ona nie wystarczyła, by całkowicie stopić zlodowaciały śnieg. Kto by więc uwzględniał te odwilże w ocenie „surowości” zimy, albo fakt, że mrozy nigdy nie osiągnęły wartości naprawdę skrajnych (najniższe Tmin tylko zbliżyły się do -20°C jedynie przez trzy noce)? Kto pamiętał, że grudzień – przecież miesiąc zimowy – był bardzo łagodny? Większość obserwatorów porównywało po prostu warunki do „niezimowych” sezonów poprzednich kilkunastu lat. I tak w styczniu/lutym 2026 – przy aktywnym udziale goniących za pogodową sensacją mediów (rozpisujących się o „zimowym armageddonie” itp.) – powstała legenda o rzekomo niesłychanie mroźnej i śnieżnej, arktycznej zimie, właściwie anomalnej. W świetle statystyki, prawda wygląda jednak inaczej. Prawda jest taka, że zima znacznie ostrzejsza od kilkunastu poprzednich musiała wreszcie nastąpić, jeśli mamy mieć do czynienia choćby z nieśmiałą próbą przywrócenia jakiejś wielowiekowej równowagi klimatycznej dla naszej stolicy. A i tak zimie tej daleko do tych naprawdę najbardziej mroźnych/śnieżnych z ostatnich 94-ech lat.

Wiele wskazuje na to, że ocieplenie klimatu trwać będzie dalej, a nawet nasilać się (wiemy już, że marzec 2026 był rekordowo ciepły), a miesiące takie jak styczeń/luty 2026 będą mieć charakter incydentalnej korekty trendu ocieplenia, nic więcej. Czy tak będzie, przyszłość pokaże.

VarsoviaKlimat.pl

25/06–1/07/2026: Rekordowa fala upału – podsumowanie

0

25/06–1/07/2026: Rekordowa fala upału – podsumowanie 

Czy niedawna fala silnego upału w końcówce czerwca 2026 roku była w każdym aspekcie rekordowa, historycznie bezprecedensowa dla naszej stolicy? Na pewno jest takową w aspekcie medialnej „histerii upałowej”; można by rzec, że o ile miasto było „rozpalone do czerwoności”, to dyskurs publiczny rozgrzał się „do białości”. Dzień po dniu słyszeliśmy i czytaliśmy o niemożliwym do zniesienia, nieludzkim żarze, o „piekle” czy „Armagedonie”, i tym podobnych „kataklizmach”. Straszono nas, że wyjście z domu grozi tragicznym zejściem z tego świata pod pierwszym zabójczym uderzeniem słońca, rozpisywano się o straszliwych skutkach temperatur, których człowiek nie jest w stanie znieść. Dawano różne dobre rady na przeżycie „piekła”, atoli ciekawe jest to, że przemilczano opcję na przetrwanie godzin największego skwaru która była najbardziej dostępną zwykłym Warszawiakom,, a mianowicie – spędzenie tegoż czasu w klimatyzowanych galeriach handlowych, które w najgorętszym dniu – czyli w niedzielę 28 czerwca – były akurat czynne (niedziela handlowa). No cóż, trudno liczyć na jakiekolwiek polecanie tychże galerii, gdy w narracji publicznej panuje ideologiczna moda na ich krytykowanie jako „świątyni konsumpcji” itp.

Omawiana fala upałowa jest już historią (w pierwszych dniach lipca temperatury powróciły do „rześkiej” warszawskiej normy). W dniach 25 czerwca – 1 lipca 2026 roku (siedem kolejnych dni) temperatury dobowe maksymalne nie spadały w stolicy poniżej 30,0°C. Czas na podsumowanie tejże fali w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym Armagedonem, i czy faktycznie była ona aż tak okrutna w szerszym kontekście.

Otóż, niewątpliwie jest to wydarzenie ekstremalne w naszym klimacie. Przełomowe w zakresie dwóch parametrów: najwyższa temperatura po raz pierwszy (28 czerwca) przekroczyła 38 stopni Celsjusza w stolicy (w cieniu) a (nocno-poranna) Tmin nie spadła poniżej 24,7°C (29 czerwca). Pamiętajmy jednak, że te dane dotyczą pozamiejskiej, oficjalnej stacji lotniskowej. Drugim aspektem o wyjątkowym (na razie) charakterze jest to, że fala nastąpiła w czerwcu (6 z 7 dni fali), mimo, że klimatycznie najcieplejsze miesiące to nie czerwiec, tylko (w kolejności) lipiec i sierpień.

Poniższa tabela przedstawia fale upałów odnotowane w stolicy. Naliczyłem ich 75.

Dane PIM / PIHM / IMGW-PIB. Stacje: 1932-1943 Okęcie, 1944 Obserwatorium Astronomiczne, 1946 Bielany, 1947-2026 Okęcie. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

A jednak – jak widać, tegoroczna fala nie jest rekordowo długa dla stacji Okęcie (w rankingu czasu trwania zajmuje miejsce siódme). Co prawda jej maximum absolutne to 38,1°C, czyli rekordowe, ale już w kategorii średniej Tmax całej fali, też nie zajmuje pierwszego miejsca – wyprzedza ją fala z 1994 roku (wśród dłużej trwających).

Poniższa tabela ukazuje dobowe temperatury omawianej fali ciepła w porównaniu do dotychczasowych rekordów.

Dane: PIM / PIHM / IMGW / IMGW-PIB.

Jak widać, te naprawdę rekordowe dni są dwa. To wydarzenie ważne, ale czy aż tak dramatyczne i niemal niemożliwe do przeżycia, jak malują to media? Warto też wiedzieć, że warszawski rekord upału przetrwał aż 134 lata (Obserwatorium Astronomiczne, 38,0°C z 20 sierpnia 1892), i został pokonany tylko o 0,1 stopnia. A więc tak skrajne gorąco chyba nie jest jednak nowością? Zamiast wołać w tonie bezrefleksyjnej sensacji, że rekord został pobity i ratuj się kto może, należałoby raczej zapytać, dlaczego dopiero teraz to się stało.

Nie piszę tego wszystkiego po to, by negować czy choćby bagatelizować znaczenie trwającego ocieplenia klimatycznego, które jest faktem, a omawiana fala upałów (zapewne) jest jego elementem. Chodzi o to, że analizując sytuację ogólną związaną z ociepleniem klimatycznym, zamiast narzucania nadmiernie sensacyjnej i histerycznej narracji, należałoby raczej rzeczowo wyjaśniać publiczności że podobna (albo silniejsza) fala upału jest czymś, czego należało się spodziewać. I że za nią – prędzej czy później – pójdą następne, na co należy się po prostu przygotowywać i do czego trzeba się dostosowywać. Straszenie ludzi „Armagedonem” nie wydaje się być pomocne. A poza tym, jest grubo przesadne, gdyż wskazane byłoby zachowanie pewnych proporcji: rekordowe Tmax wystąpiły u nas w trzech dniach, a nocy tropikalnych w czterech. Dużo? Dużo – jak na warszawskie warunki. A w skali roku, który ma 365 dni? Wszystko jest względne, wystarczy popatrzeć co się dzieje w tym roku w Madrycie, Rzymie, Waszyngtonie, Paryżu, a nawet Londynie. W porównaniu do tych miast, nasza ostatnia warszawska fala upałów to drobnostka. A przecież ludzie jakoś tam żyją.

VarsoviaKlimat.pl

Sierpniowa fala upału trwała 8 dni. Czy to rekord?

0

Tegoroczna warszawska sierpniowa fala (nieprzerwanego) upału (dobowa Tmax ≥30,0°C) nie jest rekordowo długa, jednak historycznie plasuje się w ścisłej czołówce. Oto najdłuższe fale upałów w opracowanym przeze mnie okresie 1881-2023:

11 dni: 3-13 sierpnia 2015
10 dni: 24 lipca-2 sierpnia 1994
9 dni: 27 lipca-4 sierpnia 1971 / 5-13 lipca 2006
8 dni: 25 czerwca-2 lipca 1885 / 1-8 sierpnia 1963 / 13-20 sierpnia 2023

Jak widać (wykres 1), fale upałów trwające nieprzerwanie dłużej niż tydzień, są u nas zjawiskiem ekstremalnie rzadkim. Jednak dni upalnych w ogólności szybko przybywa. Trend wzrostowy liczby dni upalnych w Warszawie ma swój początek na przełomie lat 1980/90-tych.

W latach: 1881, 1884, 1886, 1888, 1892-1894, 1897-1900, 1902-1904, 1907-1916, 1918-1919, 1923-1929, 1932-1934, 1936, 1938, 1940, 1945, 1948, 1950-1952, 1954-1958, 1960-1962, 1965-1967, 1970, 1972-1978, 1980-1984, 1986-1988, 1990-1991, 1993, 1998, 2003-2004, 2008-2009, 2011, 2017, upał ani razu nie trwał (nieprzerwanie) dłużej niż przez dwa kolejne dni (w niektórych latach nie pojawił się w ogóle). Za to w okresie 2018-2023 roku fale upału (≥ 3 kolejne dni) wystąpiły we wszystkich latach.

Wykres 1.

Na wykresie (2) ukazana jest ilość fal upału odnotowanych na oficjalnych stacjach warszawskich począwszy od dekady 1881-1890. Trwający do dziś trend wzrostowy rozpoczął się w dekadzie 1981-1990. Aż do tej dekady (włącznie) średnia frekwencja fal upału w roku była mniejsza od jedności, a w dekadach 1911-1920, 1951-1960 i 1971-1980 taka fala pojawiała się średnio raz na pięć lat! Były wtenczas rzadkością. Ale w dekadzie 2011-2020 średnia liczba fal upałowych w roku zbliżyła się do dwóch. Nie były już nadzwyczajnym wydarzeniem.

Wykres 2.

Średni czas trwania nadłuższych epizodów upalnych w roku (≥ 1 dzień) wydłuża się (wykres 3). Należy zaznaczyć, że o ile „fala upału” to co najmniej 3 kolejne dni, to „epizod” oznacza każde najdłuższe (najwięcej kolejnych dni) pojawienie się upału w danym roku, choćby był to tylko jeden dzień. (W niektórych latach upał się nie pojawił w ogóle).

Wykres 3.

Rekordowo upalną (średnia Tmax 36,3°C) falą (wykres 4) w omawianym okresie jest ta z roku 1943, trwała jednak tylko trzy dni (21-23 sierpnia).

Wykres 4.

* Dane: SMW / TNW / PIM / PIHM / IMGW-PIB. Seria pierwotna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

VarsoviaKlimat.pl

Przebieg temperatury obecnej „zimy” jest zdumiewający

0

Przebieg temperatury podczas obecnej zimy meteorologicznej (czyli od początku grudnia) bardzo mało ma wspólnego z tradycyjnym obrazem tego parametru w warunkach warszawskich. Oto wykres dotychczasowych (do 10/02/20) maksymalnych temperatur dobowych w tym sezonie, i dla porównania średnie wieloletnie wartości tegoż parametru z ostatniego 30-letniego okresu referencyjnego (1971-2000), który nie obejmował czasu nasilenia ocieplenia klimatycznego, trwającego od początku XXI wieku.
(Dzień 1 to 1 grudnia, dzień 91 to 28 lutego).

Obraz jaki się wyłania, jest zadziwiający. Nie chodzi nawet o to, że temperatury dobowe podczas obecnej zimy są tak wysokie; najbardziej uderza stabilność ich przewagi nad średnimi wieloletnimi, która od 1 grudnia do 10 lutego jest niemal nieprzerwana. Jest to zapewne zjawisko bez precedensu w dziejach warszawskich zim co najmniej od połowy XVII wieku. Coś takiego do tej pory się nie zdarzyło nawet podczas najłagodniejszych zim przez cały okres obserwacji.

Równie, a może jeszcze bardziej imponuje przewaga nad normą obecnej zimy w zakresie dobowych temperatur minimalnych (patrz poniższy wykres). Noce bez choćby lekkiego przymrozku, są bardzo częste tej zimy. Prawie żadna nie była zimniejsza niż to kiedyś było normalne. Nie było jeszcze mrozu dwucyfrowego, co też jest czymś nadzwyczajnym.

Dane IMiGW-PIB, opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jeśli obecna średnia temperatura lutego (obejmuje pierwszą dekadę miesiąca) do końca miesiąca nie ulegnie zmianie albo nawet tylko lekko się obniży, to zima (meteorologiczna, XII-II) okaże się najcieplejszą w ponad 300-letnich dziejach obserwacji warszawskich. Aktualnym (jeszcze?) zimowym rekordzistą cieplnym dla Warszawy jest sezon 1989/1990.

VarsoviaKlimat.pl

1821-2025: Czy Warszawa wysycha?

0

1821-2025: Czy Warszawa wysycha?

W tygodniku „Newsweek Polska” (26/2024) ukazał się artykuł K. Burdy pt. „Wody ci u nas niedostatek”, w którym autorka pisze m.in.:

„Trudno w to uwierzyć, ale na znacznych obszarach Polski od wielu lat trwa susza hydrologiczna. (…) – To, że nasze zasoby wody są małe to jedno, ale jeszcze bardziej niepokojące jest to, że sytuacja się pogarsza – mówi prof. Tamara Tokarczyk, hydrolog z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. – Świadczy o tym na przykład średni odpływ wód z Polski. Z terenu kraju wpływało rzekami do morza od 1951 do 2020 roku średnio 60 km3, ale w ostatnich latach już tej wartości nie osiągamy – dodaje prof. Tokarczyk. Do tego systematycznie zmniejszają się zasoby wód podziemnych. (…) Im będzie ich mniej, tym przerwy w dostawach wody częstsze, a jej cena mniej stabilna.” Koniec cytatu. Wnioski jakie przedstawiła prof. Tokarczyk, w sposób oczywisty wynikają z danych pogodowo-klimatycznych Warszawy, które stanowią temat niniejszego bloga.

Dwa lata później, tenże tygodnik opublikował (20/2026) numer ze stroną tytułową głoszącą „Polska wysycha – kataklizm”, zawierający wywiad z prof. Szymonem Malinowskim (fizykiem atmosfery) pt. „Susza to nasza przyszłość” oraz artykuł K. Naszkowskiej pt. „Usychamy”. Tytuły bardzo alarmistyczne, choć można je zrozumieć w sytuacji, gdy w roku 2025 stan KBW (klimatycznego bilansu wodnego) tylko się pogorszył (roczna suma opadu wyniosła „stepowe” 410,5 mm na stacji Okęcie).

Klimat Polski ociepla się od połowy XIX wieku, czyli od zakończenia tzw. Małej Epoki Lodowej. Wiadomo, że wraz ze wzrostem temperatury zwiększa się parowanie, a co za tym idzie, nasilenie i przyspieszenie utraty wody i wilgoci w środowisku. Co do ewolucji sum opadowych, jeszcze do niedawna wielu było zdania (choćby na podstawie lektury wywiadów z meteorologami), że w ostatnim okresie zaznacza się pewien ich wzrost. Jak tłumaczyli eksperci, właśnie związany z ociepleniem; silniejsze parowanie zwiększa ilość pary wodnej w atmosferze, co skutkuje większymi i intensywniejszymi opadami. Jak wygląda relacja temperatury do opadu atmosferycznego według obserwacyjnych danych warszawskich? Licząc wg 30-letnich tzw. okresów referencyjnych, najnowsza – trwająca do dziś – faza coraz większego wzrostu temperatury ma swój początek w przedziale lat 1951-1980. Z pewnym opóźnieniem  w ślad za ciepłotą, w górę ruszyły też opady w stolicy (od okresu 1961-1990). Pojawiały się więc komentarze „sceptyków klimatycznych”, że nie ma powodu do przejmowania się spadkiem zasobów wody, gdyż większe opady równoważą silniejsze parowanie stymulowane ociepleniem. Czy to słuszny wniosek?

Jedną z odpowiedzi na powyższe pytanie może być Wskaźnik Suchości Martonne’a (ang. Martonne Aridity Index, czynnik MAI). Wzór na obliczenie tegoż wskaźnika jest następujący: I = P/(T+10) – (P→ suma opadu rocznego/ mm, T →średnia temperatura roczna/ °C).

Pierwszy wskaźnik suchości (Aridity Index) jest najprostszy. Dzieli się na następujące kategorie (z moimi drobnymi poprawkami):

41+ – [klimat] wilgotny (humid / wilgotny / las wilgotny),
31-40 – półwilgotny (subhumid / umiarkowanie wilgotny / las typowy polski),
21-30 – półsuchy (semiarid / umiarkowanie suchy / śródziemnomorski / lasostep),
11-20 – suchy / stepowy (arid / step / wymaga nawadniania w rolnictwie),
6-10 – półpustynny (subdesert),
0-5 – pustynny (desert).

Tę prostą klasyfikację wykorzystałem do nakreślenia poniższego wykresu (1), przedstawiającego wskaźnik suchości oraz opad atmosferyczny w ujęciu kolejnych 30-letnich okresów referencyjnych.

Wykres 1.

Dane: Magier/OA/SMW/TNW/PIM/PIHM/IMGW/IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Wykres ten ukazuje, że wskaźnik De Martonne’a pozostaje z grubsza stabilny, mimo zwiększających się sum opadowych. To dowód, że ich wzrost „nie nadąża” za szybszym i intensywniejszym parowaniem. Wody ze środowiska ubywa przez parowanie w przybliżeniu tyle samo, albo nawet więcej, niż przybywa z opadu. Jednak wykres ten ukazuje coś jeszcze bardziej niepokojącego, a mianowicie wiekową trwałość tendencji stabilizacyjnej wskaźnika MAI na poziomie niższym od tego, jaki panował do połowy XX wieku. Początek tego procesu nie ma miejsca dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, tylko (jak wspomniano) znacznie wcześniej – od zakończenia tzw. Małej Epoki Lodowej w połowie XIX stulecia. Dlaczego wskaźnik MAI nie wzrasta, mimo większych opadów? Oczywistym i głównym powodem jest wzrost temperatury.

Poniższy wykres (2) ukazuje wskaźnik suchości oraz temperaturę w ujęciu kolejnych 30-letnich okresów referencyjnych.

Wykres 2.

Dane: Magier/OA/SMW/TNW/PIM/PIHM/IMGW/IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Widać na nim poważną wpływ rosnącej temperatury na wartość wskaźnika MAI. Do połowy XX wieku – mimo spadku wskaźnika MAI – pozostawał on jednak w strefie umiarkowanie wilgotnej, czyli bezpiecznej dla środowiska Mazowsza. Od okresu referencyjnego 1971-2000 począwszy, coraz większy wzrost temperatur „wyprzedza” wzrost opadów; skutkiem czego silniejsze parowanie wystarcza, by zapobiegać poprawie stanu wilgoci w środowisku. Tu leży przyczyna pogorszenia wskaźnika suchości i jego względnej stabilizacji na niższym poziomie w skali 30-letniej. Pozostają pytania czy temperatura będzie dalej rosnąć i czy w takim samym tempie, i czy zwiększą się sumy opadowe na tyle, by ratować środowisko Mazowsza przed dalszym wysuszaniem. A w tej ostatniej kwestii istnieje poważny znak zapytania. Średnia referencyjna 30-letnia wartość danego parametru nie ukazuje tendencji najnowszych, kilku- i kilkunastoletnich. Powstaje więc ważna wątpliwość: czy statystyka 30-letnia w pełni oddaje najnowszy trend w zakresie opadów?

Aby to zbadać, spójrzmy na wykres średnich temperatur i sum opadowych w ujęciu dekadowym, czyli dokładniejszym od referencyjnego 30-letniego (wykres 3) oraz na coroczny wskaźnik MAI w latach 1961-2025 (wykres 4).

Wykres 3.

Dane: Magier/OA/SMW/TNW/PIM/PIHM/IMGW/IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jak się okazuje, opady rosły w okresie od 1981 do 2010 (w dekadzie 2001-2010 poziom opadu był nawet bardzo znaczny),  ale później… zaczęły spadać. Nie wiadomo czy to tendencja trwała, ale nie należy jej lekceważyć. Jaka rysuje się przyszłość?

Moim zdaniem najbardziej prawdopodobny jest dalszy wzrost średniej temperatury w bliskiej przyszłości (10-20 lat), choć może w nieco wolniejszym tempie, przy jednoczesnej stabilizacji lub niewielkim wzroście sum opadowych. Jednak nawet większe opady mogą nie wystarczyć do powstrzymania procesów, o których jest mowa na początku niniejszego tekstu. Może też na to wpłynąć szereg dodatkowych czynników, które będą omawiane na tym blogu w innych analizach (np. liczba dni opadowych, wilgotność względna powietrza, sezonowy rozkład opadów).

Nie można jednak wykluczyć najbardziej niepokojącego scenariusza: wzrostu temperatury przy dalszym spadku sumy opadu (w ujęciu wieloletnim). A wtedy powstanie realne zagrożenie dla środowiska naturalnego i rolnictwa Mazowsza – takich, jakie znamy. Poniższy wykres (4) wskazuje na to, czego nie widać na wykresie (2), czyli na tendencję spadku wskaźnika MAI w ostatnich kilkudziesięciu latach – wskaźnik ten uległ redukcji od niemal 30-stu do ok. 27-miu. Jak wiemy, spadek MAI poniżej 30-stu oznacza przejście od warunków półwilgotnych do półsuchych. Innymi słowy, pojawia się zagrożenie stopniowego przekształcania naszych mazowieckich lasów w lasostepy i narastanie posuchy szkodzącej naszemu rolnictwu (w jego obecnej formie i uprawach).

Wykres 4.

Dane: PIHM/IMGW/IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jednak nie tylko spadkowa tendencja ogólnego wskaźnika może niepokoić. Także to, co się w XXI wieku dzieje w poszczególnych latach. Jak widać, w okresie 1961-2014 (54 lata) wskaźnik MAI tylko raz (w roku 1976) spadł poniżej 21 (do strefy półsuchej), natomiast w okresie 2015-2025 (11 lat) już trzy razy (lata 2015, 2019 i 2025, a rok 2018 znajduje się na granicy). Co oznacza, że poważny problem z bilansem wodnym wystąpił w czterech latach z jedenastu. Co najmniej czterech. Czy to „kataklizm”? Moim zdaniem, jeszcze nie. Czy to powód do niepokoju i uważnego monitorowania sytuacji w nadchodzących latach? Tak. A poza tym wszystkim trzeba też pamiętać, że wskaźnik MAI nie jest doskonale precyzyjnym kryterium, gdyż uwzględnia jedynie sumy opadu i temperaturę powietrza (uśrednione). Jak wspomniałem wcześniej, pełny kontekst klimatycznego bilansu wodnego jest szerszy, w grę chodzą także inne czynniki (jak choćby sezonowy rozkład opadów).

Aby to unaocznić, spójrzmy przykładowo na opady wymienionego roku 1976, czyli tego który ma najniższy wskaźnik MAI (20,2) przed rokiem 2015. Skąd ten niski wskaźnik? Przyczyną jest wyłącznie niemal rekordowo niska suma opadu całorocznego (347,0 mm), która robi wrażenie, to wartość typowa dla suchego stepu (na naszej szerokości geograficznej); a jednak MAI dla 1976 jest wyższy niż w latach 2015 i 2019, mimo, że te dwa ostatnie mają większe opady (odpowiednio 400,7 i 390,2 mm). MAI dla roku 2025 jest ten sam (20,2) mimo, że suma opadu wynosi 410,5 mm. Dlaczego? Z powodu temperatury powietrza. Średnie roczne dla lat 1976, 2015, 2019 i 2025 to odpowiednio 7,15°C, 10,38°C, 10,98°C i 10,32°C. Różnica między 1976 rokiem a dwoma pozostałymi sięga od ponad 3 do niemal 4 stopni. Czy to dużo? Owszem. Dla porównania przytoczmy Tśr dla Warszawy i stolicy Serbii, Belgradu za okres referencyjny 1991-2020 (wg Wikipedii): Warszawa 9,0°C, Belgrad 13,2°C – różnica 4,2 stopni. Wydaje się, że to nader wymowne porównanie. W zakresie ciepłoty klimatu, warszawski rok 1976 ma tyle wspólnego z latami 2015, 2019 i 2025, co Warszawa z Belgradem. W linii prostej stolica Serbii leży ok. 850 km na południe od Warszawy. Belgrad określa się jako leżący w strefie „wilgotnego klimatu subtropikalnego [podzwrotnikowego]” (Wikipedia). To porównanie raczej wystarcza by sobie uświadomić, że lata posuszne w bardziej odległej przeszłości – w zakresie niskich opadów – były jednak czymś innym, niż takież lata obecnie. Znacznie słabiej wpływającym na nasze zasoby wód powierzchniowych i podziemnych. Parowanie było znacznie słabsze, absorpcja wilgoci w glebie większa i głębsza.

Na zakończenie tych rozważań (sięgających roku 2025), dopowiedzmy sobie, że meteorologiczna wiosna 2026 roku (suma opadu 35,4 mm) jest rekordowo sucha dla Warszawy.

VarsoviaKlimat.pl

Temperatura punktu rosy jako kryterium odczucia „parności”

3

Mamy ostatnio parne, duszne dni w mieście. I jak zwykle, towarzyszą temu narzekania warszawiaków. Może jednak powinni się do takich warunków latem przyzwyczajać, bo dni bardzo ciepłe, gorące, a nawet upalne i jednocześnie wilgotne, parne, zdarzają się u nas coraz częściej wraz z postępami ocieplenia klimatu. Warto więc ustalić sobie jakieś kryterium oceny parności.

W polskich (i nie tylko polskich) mediach najczęściej stosuje się pojęcie „temperatury odczuwalnej”. W uproszczeniu chodzi o to, że przy wysokich temperaturach większa wilgotność powietrza utrudnia organizmowi człowieka schładzanie ciała (oddawanie nadmiaru ciepła otoczeniu) przez wydalanie wody (czyli pocenie się), co powoduje, że nasze odczucie gorąca nasila się przy niezmienionej temperaturze, ale większej wilgotności. Gdy pary wodnej w powietrzu już jest dużo, to mniej pozostaje miejsca by pomieścić jej więcej (np. z wydalania przez ciało człowieka). Innymi słowy, przy stosunkowo wysokiej wilgotności daną temperaturę powietrza odczuwamy tak, jakby była ona wyższa od wskazania samego termometru. Każdy wie, że upał znosi się lepiej, gdy powietrze jest suche. Istnieją odpowiednie skale przeliczania temperatury z termometru na taką, jaką nasze ciało odczuwa. Słyszymy więc w mediach, że np. temperatura powietrza wynosi 30 stopni, ale odczuwalna jest wyższa, z powodu dużej wilgotności.

Jednak dla mnie takie przeliczniki nie są pożyteczne. Gdy badam pogodę i klimat Warszawy oraz ich ewolucję w czasie, to ważna jest dla mnie rzeczywista temperatura powietrza, a nie temperatura jaką „odczuwam”. Dla mnie informacja że temperatura wynosi 30 stopni, a odczuwalna np. przekracza 40, jest raczej abstrakcyjna. Poza tym, jak wspomniałem, chciałbym jakoś oceniać parność. Choćby dlatego, żeby na bazie prostego, porównywalnego kryterium móc badać ewolucję liczby dni parnych w Warszawie. Z upływem lat ubywa ich, czy przybywa? Na jakiej podstawie to określać? „Temperatura odczuwalna” się do tego nie nadaje, przyjąłem więc inne kryterium: tzw. temperaturę punktu rosy (TPR). Co to jest?

Każdy wie, że powietrze na naszej planecie zawsze zawiera mniejszą lub większą ilość pary wodnej; a więc powietrze bywa mniej lub bardziej wilgotne. Podstawowym w meteorologii kryterium wilgotności powietrza jest tzw. wilgotność względna. Wilgotność względna to stosunek procentowy ilości pary wodnej znajdującej się w powietrzu w danej chwili przy danej temperaturze, do tej ilości pary, jaka przy tejże temperaturze byłaby konieczna dla pełnego, 100% nasycenia powietrza parą, umożliwiając jej kondensację, czyli skroplenie (w postaci rosy, mgły lub opadu atmosferycznego).

Fizyka atmosfery mówi nam, że im powietrze jest cieplejsze, tym więcej pary wodnej może pomieścić. Mówiąc inaczej: im powietrze jest cieplejsze, tym więcej pary wodnej potrzeba, aby je w pełni (w 100%) parą nasycić. Co oznacza, że ten sam procent wilgotności względnej, ale przy wyższej temperaturze, wskazuje że w powietrzu jest więcej pary wodnej, niż przy temperaturze niższej. Jak już wiemy, im więcej jest wilgoci (pary wodnej) w powietrzu, tym niższy jest próg wytrzymałości ludzkiego organizmu na wysokie temperatury. Jak więc można określić kolejne progi niebezpiecznych dla ludzkiego organizmu poziomów ciepłej wilgotności, odczuwanej jako parność powietrza?

Służy temu właśnie określanie temperatury punktu rosy (w stopniach Celsjusza). TPR jest wartością teoretyczną; ukazuje ile termometr powinien wskazywać stopni w danym momencie rzeczywistym, aby obecna w tymże momencie w powietrzu para wodna nasyciła powietrze w 100%, powodując skraplanie tejże pary. Czyli: jeżeli wilgotność względna jest niższa od 100% (tak jest najczęściej, rzecz jasna), to TPR musi być niższa od temperatury, jaka faktycznie w danym momencie panuje. Wiemy już, że aby obliczyć TPR, nie wystarczy znać procent wilgotności względnej, skoro ten sam jej procent przy różnych (faktycznych) temperaturach, daje różną ilość pary w powietrzu. Trzeba więc uwzględniać w obliczeniu także realną, panującą w interesującej nas chwili temperaturę powietrza. Te dwa parametry wystarczyły do stworzenia wzoru do obliczania TPR. Jest on raczej skomplikowany, ale jak ktoś nie chce się nim przejmować, to nie musi, ponieważ w sieci jest łatwo dostępna automatyczna konwersja temperatury+wilgotnośąci na TPR. Poniżej omówienie przykładowej sytuacji, która ilustruje zależność tych trzech parametrów.

Gdy TPR w danym momencie (przy określonej rzeczywistej temperaturze i wilgotności względnej) wynosi na przykład 15°C, to oznacza to, że w tymże momencie obecna w powietrzu rzeczywista ilość pary wodnej doprowadziłaby do pełnego nasycenia powietrza wilgocią przy tej właśnie temperaturze powietrza. Przykładowo: gdy temperatura powietrza wynosi 20°C, to wspomnianą TPR uzyskamy gdy wilgotność względna wyniesie 72%.

A jeśli za chwilę ilość pary wodnej wzrośnie przy niezmienionej temperaturze, to wzrośnie także wskaźnik wilgotności względnej, a razem z nim – także TPR (gdy wilgotność względna dojdzie do 100%, wówczas wartości rzeczywistej temperatury powietrza i TPR wyrównują się). Przykładowo: temperatura trzyma się na (uprzednim) poziomie 20°C, ale wilgotność wzrosła do 80%; wtedy TPR wyniesie 16,5°C.

To oczywiste, że jeżeli wzrośnie temperatura, a ilość pary wodnej pozostanie bez zmiany, to spadnie wskaźnik wilgotności względnej, a co za tym idzie, spadnie także TPR. Gdy temperatura powietrza rośnie, a ilość pary spada, to TPR spada jeszcze bardziej. Nie ma wtedy zagrożenia nasileniem duchoty i parności, mimo, że jest coraz goręcej.

Wiemy już, że jeśli temperatura powietrza rośnie, a wilgotność względna nie zmienia się, to oznacza to wzrost rzeczywistej ilości pary wodnej. Jest więc czymś oczywistym, że gdy podnosi się zarówno temperatura powietrza jak i wilgotność względna, to oznacza to zdwojony wzrost tak ilości pary wodnej, jak i wartości TPR. Przykładowo: temperatura wzrosła do 25°C, a wilgotność pozostała na poziomie 80%. TPR wynosi wtedy 21°C, robi się więc bardzo parno (wg poniższej klasyfikacji).

Wniosek: im wyższa jest wartość TPR, tym silniejsze jest odczucie parności przez organizm ludzki, oczywiście powyżej pewnej dolnej granicy temperatury powietrza (o niej poniżej), bo nie odczuwamy parności, gdy jest zimno. Jeżeli panuje upał a pary wodnej jest mało, to wskaźnikTPR może być nawet ujemny.

Jak się dowiedzieć, czy podawana wartość TPR oznacza ciepłą/parną wilgoć powodującą że zaczynamy się pocić (zwłaszcza w nieklimatyzowanych pomieszczeniach), nawet przy braku wysiłku fizycznego?

W sieci odpowiednie tabele (klasyfikacje) TPR znajdują się na wielu stronach. Po ich przeanalizowaniu stworzyłem sobie taką, co pasuje do moich osobistych odczuć. Według niej, poszczególne poziomy TPR odbierane są przez organizm przeciętnego człowieka (np. mój) następująco (temperatury punktu rosy °C i odczucia):

TPR do 13° (nieodczuwalnie lub przyjemnie); 13°-15° (neutralnie); 16°-18° (pojawia się poczucie lepkości); 19°-21° (uciążliwa parność); 22°-24° (męcząca parność); TPR 24° i więcej (przytłaczająca parność). Od tej granicy duchota może nawet zagrażać życiu, z powodu przegrzania organizmu. Nie znalazłem w annałach przypadku, aby ten poziom został osiągnięty w Warszawie, na szczęście. Tak wysokiego poziomu więc nie doświadczyłem. Jak dotąd.

Jest wiele świadectw, że „duchota” staje się tematem medialnym, gdy TPR osiąga i przekracza 18 stopni. Przykładowo: w roku 2010 jeden z obserwatorów napisał: „W sierpniu, kiedy noce powinny być już zdecydowanie chłodne, kilka z nich było nieznośnie gorących i parnych.”[1] Faktycznie, na przykład w nocy z 14 na 15 sierpnia TPR wahała się w okolicach 20 stopni (całodobowo w tych dniach dochodząc do 23°C, czyli wartości określonej jako męcząca parność”, której nie powstydziłyby się wilgotne strefy tropikalne). 15 sierpnia najniższa temperatura nad ranem wyniosła 20 stopni (o północy 23°), najwyższa dniem 33 stopnie. Wilgotność względna nocą długo sięgała 90%, w dzień nie spadła poniżej 50%. Nie jest przesadą nazwanie tego dnia „tropikiem”. W warunkach warszawskich, taka pogoda jest niebezpieczna szczególnie dla osób starszych i/lub cierpiących na różne schorzenia.

Jak powiedziałem, powyższa klasyfikacja odpowiada moim osobistym odczuciom. Rzeczywiście ciepła wilgotność staje się dla mnie odczuwalna i zaczynam się pocić (nawet, gdy nie wykonuję żadnego wysiłku fizycznego) gdy TPR przekracza 16 stopni; nawet, gdy na dworze nie ma upału. Tak było na przykład 10 czerwca br., mimo, że najwyższa temperatura powietrza tego dnia sięgnęła zaledwie 23 stopni.

Przyjąłem więc średnią dobową wartość temperatury punktu rosy 16,0°C, jako dolną granicę „dnia parnego”. Zaznaczyć trzeba, że klasyfikacja TPR to nie jedyne kryterium parności, istnieją też inne. Np. kanadyjski Humidex albo amerykański Heat Index (HI). Każdy może sobie wybrać, co mu odpowiada.

Intensywną parność zawsze odczuwano w Warszawie dotkliwie. Przykładowo, 27 maja 1821 roku. Jak pisał warszawski obserwator, Antoni Magier: „Dnia 27 maia po dniach chłodnych i wilgotnych nagle ciepło do 21 stopni [26°C] doszło; uważano, że tego dnia w szpitalach tuteyszych [warszawskich] więcey iak zwyczaynie ludzi umarło”[2]. Wydawałoby się, że 26-27 stopni to nie jest aż tak dramatyczne gorąco, które by istotnie zwiększyło liczbę zgonów w mieście, nawet w szpitalach. Jaka była więc tego przyczyna?

Zagadka zostaje rozwiązana, gdy się spojrzy na najniższą wilgotność względną zmierzoną przez tegoż Magiera w najcieplejszej, popołudniowej porze dnia: 81%, co daje wtedy TPR w wysokości 22,5°C, czyli bardzo wysoką, zbliżoną do wartości z 14-15 sierpnia 2010. Było bardzo parno i duszno, a pamiętajmy, że w roku 1821 nigdzie nie było nie tylko klimatyzacji, ale nawet porządnych systemów czy urządzeń wentylacyjnych. Przy braku wiatru, w szpitalach panowała „sauna”, fatalna dla pacjentów zwłaszcza starszych, z chorobami np. układu krążenia.

Przyjęta klasyfikacja umożliwia badanie historycznej ewolucji liczby dni parnych w Warszawie. Aby to robić, wystarczy znać temperaturę powietrza i wilgotność względną, i korzystać z automatycznej konwersji temperatury/wilgotności na TPR. Poza tym, coraz częściej TPR jest na bieżąco uwzględniana na stronach pogodowo-klimatycznych obok innych podstawowych parametrów pogody.

VarsoviaKlimat.pl

 

[1] T. Ulanowski, Do diabła z taką pogodą!, w: Gazeta Wyborcza z 08/09/2010.

[2] Gazeta Korrespondenta Warszawskiego i Zagranicznego 34/1822.

Szare święta Bożego Narodzenia to już tradycja

0

Po dniach mroźnych i śnieżnych rozpoczęła się odwilż w Warszawie, a prognozy nie dają nadziei na powrót zimy podczas świąt tegorocznych. Wielu wielbicieli „białych świąt” zapewne zmartwi, że zwyżka temperatury właśnie w dniach BN, stała się w ostatnim okresie historycznym czymś normalnym. Wyraźnie na to wskazuje poniższy wykres średnich dobowych temperatur maksymalnych, średnich i minimalnych w grudniu w XXI stuleciu. 21 lat to wystarczająco wiele, aby na tej podstawie wyciągnąć wniosek, że ocieplenie bożonarodzeniowe to zjawisko o cechach wieloletniej trwałości.

Dane: IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jak widać, średnia temperatura dobowa z powrotem (po uprzednim spadku) podnosi się podczas świąt ponad zero, dając poważną szansę na Święta szare zamiast białych. Czy ten brak świątecznego śniegu jest jednak zjawiskiem nowym, trwającym dopiero od kilku, czy choćby kilkunastu lat?

Otóż okazuje się, że nie. Fatalnie pod tym względem wygląda dekada 2011-2020. Licząc trzy dni (24-26 grudnia), całkowity brak mierzalnej (min. 1 cm) pokrywy śnieżnej na ziemi notowano w Warszawie aż w 8 latach! W dekadzie poprzedniej 2001-2010, bezśnieżnych Świąt BN jest 5. Dekada 1991-2000 ma ich też 5, ale 1981-1990 – 7, a dekada 1971-1980 – znowu 8. Trzeba też wiedzieć, że wiele z tych „śnieżnych” miało śnieg na ziemi w dwóch dniach zamiast trzech, a niekiedy tylko w jednym. Nawet w dawniejszych okresach historycznych „białe Święta” nie były gwarantowane w Warszawie.

Komentatorzy którzy dostrzegli omówioną prawidłowość, niekiedy zwracają uwagę, że odwilż bożonarodzeniowa jest niejako odpowiednikiem tradycyjnego ochłodzenia majowego, znanego jako „zimni ogrodnicy”, przypadający na dni imienin Pankracego, Serwacego i Bonifacego (12-14 maja), do których dochodzi słynna „zimna Zośka” (15 maja). Czy wykres temperatur dobowych dla maja z obecnego stulecia potwierdza tę prawidłowość? Okazuje się, że tak.

Dane: IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl

Warto zauważyć, że apogeum ochłodzenia przypada na dzień po „Zośce” czyli 16 maja. Przy czym ciekawe jest też to, że o ile w przypadku grudnia wzrost średnich wartości temperatur maksymalnych i minimalnych jest niemal identyczny, o tyle w maju sytuacja jest inna. Mówi się bardzo dużo o zagrożeniu przymrozkami w dniach „zimnych ogrodników”, jednak statystyka wykazuje, że spadek majowej temperatury maksymalnej jest znacznie większy (około -4 stopnie) niż minimalnej (ok. -2 st.). Temat przymrozków majowych będzie omówiony w innym artykule.

Przy tym wszystkim należy pamiętać, że wnioski z niniejszego artykułu dotyczą temperatur średnich. Ich spadek nie oznacza, że nie są możliwe mroźne/śnieżne Święta BN ani bardzo ciepli „ogrodnicy”; znaczy to tyle, że ich prawdopodobieństwo jest mniejsze, niż wersji przeciwnych.

VarsoviaKlimat.pl

Coraz większa różnica termiczna między początkiem a końcem listopada?

0

W tym roku zwróciła moją uwagę (i może nie tylko moją) znaczna – w moim odczuciu – różnica termiczna między pierwszą a drugą połową listopada; jak sądziłem, różnica większa niż powinna być. Poniższy wykres (1) przedstawiający średnie temperatury dobowe listopada dla okresu 2001-2022 oraz tegoroczne, potwierdza to wrażenie. Przedstawia średnie temperatury dobowe (liczone wg wzoru [Tmax+Tmin]/2) dla każdego dnia listopada średnio dla okresu 2001-2022 i w roku 2023, oraz ich linie trendu. Spadek tejże linii w roku 2023 jest znacznie głębszy w trakcie miesiąca. Przy czym obie linie trendu przecinają się niemal dokładnie w środku miesiąca.

Wykres 1.

Dane bazowe: OA-SMW-TNW-PIM- PIHM-IMGW-IMGW/PIB. Seria homogeniczna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Czy przebieg temperatury miesiąca z roku 2023 jest przypadkowy, jednorazowy? Poniższy wykres (2) ukazuje, że nie. Przedstawia średnie temperatury pierwszej (dni 1-15) oraz drugiej (16-30) połowy listopada w latach 2001-2023. Rzecz jasna, w ogólnym podsumowaniu za cały okres ta pierwsza jest cieplejsza od drugiej (Tśr odpowiednio 6,2°C i 3,1°C). Trzeba atoli zwrócić uwagę, że w latach 2001-2009 (9 lat) aż w czterech druga połowa listopada była cieplejsza od pierwszej (2002, 2003, 2006, 2009), natomiast od 2010 do 2023 (14 lat) zdarzyło się to tylko raz (w 2016 roku). W latach 2010, 2014, 2015, 2018, 2022 i 2023 różnice były bardzo znaczne.

W latach 2001-2009 Tśr 1ej i 2giej połowy miesiąca to odpowiednio 4,8°C / 3,5°C (różnica tylko 1,3°C), podczas gdy w 2010-2023 – odpowiednio 7,2°C / 2,8°C (różnica aż 4,4°C). Proszę zauważyć, jak bardzo wzrosła temperatura pierwszej połowy miesiąca. Co równie ciekawe, daje się zauważyć trend spadkowy dla drugiej połowy, jednak zbyt słaby by zrównoważyć wcześniejszy wzrost.

Wykres 2.

Dane bazowe: OA-SMW-TNW-PIM- PIHM-IMGW-IMGW/PIB. Seria homogeniczna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Wykres (3) przedstawia ewolucję temperatur obu połówek listopada (oraz całego miesiąca) w długim okresie historycznym 1881-2023, według średnich dekadowych.

Wykres 3.

Dane bazowe: OA-SMW-TNW-PIM- PIHM-IMGW-IMGW/PIB. Seria homogeniczna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Wykres (4) przedstawia różnicę między średnimi temperaturami obu połówek w omawianym okresie 1881-2023 w ujęciu dekadowym, oraz w 3-leciu 2021-2023. Jak widać, aż do dekady 2001-2010 ulegała wahaniom, jednak w skali całego okresu 1881-2020 jest w zasadzie stabilna. W okresie 2011-2023 jest silna tendencja wzrostu różnicy, co widać na analizie rok po roku (por. wykres 2). Rzecz jasna, lata 2021-2023 to okres krótki i okaże się, czy jego wynik spadnie, gdy dekada dobiegnie końca.

Wykres 4.

Dane bazowe: OA-SMW-TNW-PIM- PIHM-IMGW-IMGW/PIB. Seria homogeniczna. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Możliwe jest jednak także inne wyjaśnienie: ciepła/łagodna jesień ulega przedłużeniu na pierwszą połowę listopada, co przy stabilizacji bądź stosunkowo mniejszym wzroście temperatury drugiej połowy (i oczywiście spadku), powoduje wyznaczenie wyraźniejszej granicy między ciepłą/łagodną jesienią a zimnym sezonem jesienno-zimowym.

Jeśli tak jest, to widok stosów świeżych, dorodnych grzybów leśnych na warszawskim targowisku w połowie listopada (prawdziwków, podgrzybków, rydzów, które widziałem na własne oczy 16 listopada br. na jednym ze stołecznych bazarów) stanie się czymś normalnym. W całkiem nieodległych czasach wysyp wspomnianych gatunków grzybów w listopadzie był na Mazowszu trudny do wyobrażenia, ich sezon kończył się zazwyczaj w połowie października (a niekiedy wcześniej). Z własnego doświadczenia wiem, że obfitość grzybów leśnych (np. rydzów) zawsze był czymś zwyczajnym w listopadzie. Ale nie w Polsce, tylko… w Hiszpanii.

VarsoviaKlimat.pl

Czy pierwsza połowa kwietnia była nadzwyczajnie zimna?

0

Ostatnio mamy w Warszawie zimne, brzydkie (pochmurne, mgliste, deszczowo-śnieżne) dni. Przedwczoraj padał gęsty śnieg, aura była iście zimowa. Większość warszawiaków (ze mną włącznie) raczej nie lubi takiej aury w kwietniu, oczekując bardziej „wiosennej”. Coraz więcej w mediach komentarzy wyrażających przykre zdziwienie i zaskoczenie pogodą, która według nich „nie powinna” mieć już miejsca w tym sezonie.

Rozdzielmy od siebie dwie kwestie: emocjonalną (czy nam się taka pogoda podoba, czy nie) oraz klimatyczną. W tym komentarzu zajmiemy się tą drugą, szukając odpowiedzi na pytanie, czy ta aura odbiega istotnie od normy, czy rzeczywiście jest ona w kwietniu (jak to ktoś określił) „pogodowym szaleństwem”?

Odpowiedź jest przecząca. Taka pogoda pierwszej połowy kwietnia (a mówiąc ściślej, tak zimna aura podczas większości dni) jaką mieliśmy w tym roku 2021, nie odbiega od normy w żadnym skrajnym stopniu.

Dowodzą tego warszawskie statystyki historyczne. Choćby średnia temperatura maksymalna (najwyższa dobowa). Dla okresu 1-15 kwietnia w tym roku jej wartość (na Okęciu) wynosi 10,7°C. Daleko od tych 20+ stopni za którymi tak wielu z nas tęskni, prawda? Jest to też temperatura niższa od średniej dla najnowszego 30-letniego okresu referencyjnego (1991-2020), która wynosi 12,3°C. Różnica (deficyt ciepła) wynosi więc -1,6°C, co pozwala zakwalifikować pierwszą połowę tegorocznego kwietnia jako tylko umiarkowanie chłodniejszą od przeciętnej.

W tej sytuacji nie dziwi fakt, że w przeszłości jeszcze zimniejszych pierwszych połówek kwietnia nie brakowało w Warszawie. Dopiero w XXI stuleciu – wraz z postępami ocieplenia klimatycznego – stały się one rzadkie; zdarzyły się w 20-leciu (2001-2020) tylko czterokrotnie (w latach 2013, 2012, 2003). W tymże okresie zdarzały się więc przeciętnie w jednym kwietniu na pięć. Ale w okresie półwiecza 1951-2000 takich kwietni było w sumie 21, czyli więcej niż co trzeci kwiecień miał swoją pierwszą połowę zimniejszą, niż tegoroczny.

Także statystyki mrozowe nie wykazują, aby w tegorocznym kwietniu działo się coś niezwykłego. Dni z przymrozkiem do tej pory w tym miesiącu było 4, podczas gdy normy historycznych okresów referencyjnych dla całego miesiąca wynoszą 5-6, „limit” miesięczny nie został więc jeszcze „wyczerpany”.

Najniższa Tmin obecnego kwietnia (jak dotąd) to -1,9°C; to nawet wartość wyższa od przeciętnej dla tego parametru, która historycznie (dla XX wieku) wynosi od -3° do -4°C.

Wielu obserwatorów wyrażało ostatnio zdziwienie śniegiem kwietniowym, zadawano nawet pytanie, czy oznacza on koniec ocieplenia polskiego klimatu? W Warszawie padający śnieg do tej pory w tegorocznym kwietniu nie utworzył pokrywy na ziemi. Jednak śnieg leżał na ziemi w kwietniu w stolicy nie tak dawno temu, bo ostatnio w roku 2017, a wcześniej w tym stuleciu w latach 2013 i 2003. Tylko trzy razy w dwóch dekadach, co ma związek z ociepleniem klimatu, ale dawniej zdarzało się to częściej: w dekadzie 1991-2000 dwa razy, w 1981-1990 pięć, w 1971-1980 cztery, w 1961-1970 pięć, a w dekadzie 1951-1960 pokrywę śnieżną odnotowano także w pięciu kwietniach. Można więc ogólnie stwierdzić, że do lat 1980-tych, śnieg na ziemi pojawiał się w Warszawie w niemal co drugim kwietniu.

W okresie 1951-2020, najzimniejsza pierwsza połowa kwietnia przypadła w roku 1958: średnia Tmax wyniosła wtedy 4,8°C na stacji Okęcie. Przypomnijmy sobie, że w kwietniu tegorocznym było to 10,7°C.

(Oprac. na podstawie danych IMGW-PIB)

VarsoviaKlimat.pl