POLEMIKI, MITY, PÓŁPRAWDY

Strona główna POLEMIKI, MITY, PÓŁPRAWDY

„Od świętej Anki chłodne wieczory i ranki” (?)

28 lipca 2022 roku na stronie meteo.pl ukazał się „Komentarz synoptyka”, którego fragment cytuję poniżej:

„W ślad za zatoką górną i napływem w jej tylnej części chłodniejszych mas powietrza rozbudowuje się od Morza Północnego i południowej Skandynawii klin wyżowy, który da pogodę dobrze charakteryzowaną przysłowiem „Od świętej Anki chłodne wieczory i ranki”. W tym okresie późniejszego lata napływ chłodniejszej masy powietrza, wieczorne rozpogodzenia i już nieco dłuższa noc powodują, że nad ranem temperatura spada nawet poniżej 10 stopni (Kórnik do 7, Poznań i Gniezno do 9).”

Cytowane przysłowie jest jednym z najbardziej popularnych w Polsce, wielu komentatorów je corocznie przypomina, gdy zbliża się dzień 26 lipca. Czy odpowiada rzeczywistości? Nawet jeśli dawno temu tak było, to jest od dawna nieaktualne.

Poniższy wykres ukazuje średnie dobowe temperatury minimalne sezonu letniego (VI-VIII) w 30-leciach 1961-1990 oraz 1991-2020 w Warszawie. W pierwszym okresie maksimum Tmin przypada na punkt 49, czyli na dzień 19 lipca (13,9°C). Jednak aż do punktu 73 (13,4°C), czyli do 12 sierpnia nie można mówić o tendencji spadkowej dla Tmin. Natomiast w okresie 1991-2020 maksimum przypada na punkt 65 (16,1°C), czyli na 4 sierpnia. Jednak aż do punktu 73 (13,4°C), czyli do 12 sierpnia, wartości średnie dobowe utrzymują się powyżej najwyższego poziomu z okresu 1961-1990.

I ten właśnie dzień – 12 sierpnia – można orientacyjnie uznać za początek trwałego, późnoletniego spadku średnich dobowych temperatur minimalnych. Dzień św. Anny (26 lipca) jest o ponad 2 tygodnie wcześniej. Warto przy tym zauważyć, że dopiero w ostatnich dniach sierpnia średnie Tmin spadają poniżej poziomu z okresu przesilenia letniego (końca czerwca), kiedy noce są najkrótsze.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na wzrost średnich dobowych temperatur minimalnych w najnowszym 30-letnim okresie referencyjnym. Największy dotyczy najcieplejszego okresu lata.

Dane: IMGW-PIB. Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Także argument, iż „nieco dłuższa noc” w końcu lipca powoduje spadki Tmin do poziomu jednocyfrowego, nie wytrzymuje krytyki. Po pierwsze: tak chłodne noce mogą u nas występować – i występują nierzadko – w każdym z trzech miesięcy letnich. Nie ma żadnego okresu w roku, który byłby od nich wolny. Choćby w roku bieżącym – 2022 – takie noce wystąpiły w stolicy 11 i 15 lipca (patrz poniższy wykres, wartość z dnia „świętej Anki”, czyli 26 lipca jest zaznaczona ciemniejszym kolorem).

Po drugie: jeśli przyjmiemy, że jedną z przyczyn chłodniejszych nocy sierpniowych jest to, że się wydłużają, to jak wytłumaczyć, że znacznie więcej takich chłodnych nocy przypada na pierwszy miesiąc lata – czerwiec? Przecież to ten miesiąc ma najkrótsze noce w roku. Spadek średnich temperatur minimalnych, istotny od około 20 sierpnia, jest zdeterminowany nie tyle dłuższymi nocami, ile niższą pozycją Słońca nad horyzontem i co za tym idzie, mniejszą ilością dostarczanej przezeń energii cieplnej. A co się tyczy czerwca – o jego (średnio) chłodniejszych nocach decyduje chłodniejszy niż w sierpniu stan mórz i lądów.

Wspomniany poniższy wykres ilustruje przebieg dobowych Tmin latem roku bieżącego (2022). Widzimy, że imponująca seria skrajnie ciepłych nocy wystąpiła w sierpniu. Słupek z dnia 26 lipca (punkt 56) zaznaczony na ciemną barwę.

Dane: IMGW-PIB (Ogimet.com). Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Trzeba także mieć na uwadze, że choć noce w sierpniu wydłużają się, to jednak aż do połowy września pozostają u nas krótszymi, niż w strefie równikowej. Jeszcze raz: w okresie późnego lata/wczesnej jesieni o chłodniejszych (średnio) nocach decyduje wysokość Słońca nad horyzontem, a nie długość pory nocnej.

Wypada odłożyć do lamusa przedmiotowe przysłowie.

VarsoviaKlimat.pl

„Idzie luty, podkuj buty” – (?)

Luty tradycyjnie ma u nas (miał?) famę mroźnego, w rzeczy samej nawet mroźniejszego od stycznia. I wielce śnieżnego. W opinii licznych Polaków, jest taki nadal. A przynajmniej – powinien być.
Każdorazowo gdy w kolejnym roku nastaje luty, tytułowe powiedzonko jest przypominane w mediach, a komentatorzy wyrażają satysfakcję, że panuje mróz ze śniegiem „jak na luty przystało”. Albo są rozczarowani „anomalią”, czyli brakiem tych atrybutów „prawdziwej lutowej zimy”.
Oto dwa pierwsze z brzegu przykłady tego typu narracji. Są to komentarze synoptyków (dostępne w sieci na stronie Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego). (Pisownia oryginalna).

(11 lutego 2023)Od poniedziałku ponownie cieplej, aż do polowy tygodnia, kolejne ochłodzenie, a następny weekend z temperaturą rzędu +10°C. Można spytać, gdzie te lutowe mrozy poniżej 20°C i kopne śniegi? – czyżby już straciło na aktualności ludowe porzekadło – Idzie luty, podkuj buty?”
(5 lutego 2024) „«Kuchnia pogodowa» nad północnym Atlantykiem nadal pracuje pełną parą, kierując do nas ciepłe i wilgotne powietrze jak na tę porę roku o znacznym potencjale chwiejności. Jest to sytuacja charakterystyczna dla przejściowej pory roku, a mamy już początek lutego, zazwyczaj mroźnego z stałą pokrywą śnieżną.”

Czy rzeczywiście mrozy poniżej -20°C i „kopne śniegi” to typowy obraz lutego w naszym kraju w ostatnich dekadach? Zobaczmy jak to wygląda w Warszawie, czyli w nizinnym środkowym regionie Polski, w ostatnich trzydziestu latach. Skoro była mowa o „początku lutego”, to sprawdźmy na wykresie (1) dane dotyczące pierwszej połowy miesiąca.
Jak widać, średnia Tmax za ten okres utrzymuje się na poziomie około +2 stopni, a najniższa dobowa wzrosła z ok. -4 st. do ok. -3 stopni. A więc aura odwilżowa w pierwszej połowie lutego jest zjawiskiem częstym i normalnym. Z przedstawionych 30-stu lat, aż 22 ma średnie dobowe temperatury maksymalne ponad zerem.

Wykres 1.


Dane: IMGW-PIB.

W tym samym okresie 1994-2023, dni z Tmax ≥ +10°C było w pierwszej połowie lutego 25. Czyli średnio prawie jeden (0,8) w jednym roku. Szansa na to, aby się przynajmniej jeden dzień tak wysoka temperaturą pojawił, jest więc duża.
A ile w tym samym okresie w całym lutym było dni (a raczej nocy) z Tmin -20°C i niższą? Otóż 3. Słownie – trzy. Wszystkie w tym samym miesiącu, a mianowicie 4-5 i 13 lutego 2012 roku. Średnio wypada 0,1 na rok, czyli średnio raz na dziesięć lat taki mróz się pojawiał. Tak silny mróz jest więc wielką rzadkością w Warszawie, wręcz anomalią w kontekście ostatnich trzydziestu lat.
A dawniej też nie pojawiał się często. Kolejnym rokiem (przed 1994) z tak silnym mrozem w lutym, jest 1991. Wcześniej – kolejno 1986, 1985, 1978, 1970, 1969, 1965, 1963, 1956, 1954, 1953. Co oznacza, że w okresie 1951-2023 (73 lata) 20-stopniowy mróz pojawił się w 12-stu lutych. Czyli średnio mniej więcej w co szóstym. Pamiętając, że (w związku z ocieplaniem klimatu) do tej pory w XXI stuleciu wystąpił tylko w jednym miesiącu.
Odnośnie pokrywy „kopnego” śniegu, czy jej brak w pierwszej połowie lutego jest faktycznie czymś niezwykłym w rejonie Warszawy?
Wykres (2) ukazuje liczby dni z pokrywą śniegu (kolejno od 1 cm, 10 cm i 20 cm wzwyż) w pierwszej połowie lutego w latach 1994-2023 na stacji Okęcie.

Wykres 2.


Dane: IMGW-PIB.

Co widzimy?
W okresie 1-15 lutego w latach 1994-2023 (450 dni) pokrywa śnieżna zalegała na ziemi w 221 dniach (49% wszystkich). Dni z co najmniej 10 cm śniegu jest 65 (14%), a dni z co najmniej 20 cm jest 38 (czyli 8%). A więc nawet nieco ponad połowa wszystkich dni nie miała pokrywy śniegu, a średnio ok. 4 dni na 5 miały pokrywę mniejszą niż 10 cm, więc raczej nie „kopną”.
Tylko w latach 2003, 2006, 2010, 2012 i 2017 pokrywa śniegu zalegała na ziemi przez wszystkie 15 dni. Naprawdę obfite, kopne śniegi pokrywały Warszawę (w 1ej połowie lutego) w latach 2003, 2006 i 2010. Tylko wtedy pokrywa „białego puchu” osiągnęła/przekroczyła wysokość 20 cm.
W latach 1995, 2002, 2008 i 2020 pokrywy śnieżnej w omawianym okresie nie było w ogóle.

VarsoviaKlimat.pl

Czy tegoroczny luty jest „niespotykanie” wietrzny?

W ostatnich tygodniach media są pełne informacji i komentarzy alarmujących o „wyjątkowej” a nawet „niespotykanej” (jak w komunikacie IMGW) pogodzie tegorocznego lutego. Chodzi o aurę określaną jako „dynamiczna” czy „niebezpieczna”, czego czołowym przejawem mają być niezwykłe wichury, będące – jak się twierdzi – skutkiem zmiany klimatycznej, prowadzącej do nasilania się zjawisk ekstremalnych.

Czy w Warszawie tegoroczny luty jest rzeczywiście tak wietrzny, jak nigdy dotąd? Sprawdźmy to za pomocą trzech kryteriów: średniej prędkości wiatru w miesiącu, liczby dni w lutym z silnym wiatrem (średnio ≥ 25,0 km/h) oraz najsilniejszego w danym roku porywu wiatru (km/h).

W okresie 1-24 lutego 2022 roku, średnia prędkość wiatru w Warszawie (dane stacji Okęcie, według mojego obliczenia) wynosi 15,3 km/h. To jest wartość wyższa od normalnej dla 30-lecia 1991-2020 tylko o 0,4 km/h. Skąd więc tyle alarmistycznych komentarzy? Być może stąd, że ludzka pamięć jest krótka. Tegoroczny luty może się okazać najbardziej wietrznym od 2011 roku. Jednak poniższy wykres wskazuje, że przed rokiem 2011 nie brakowało u nas lutych bardziej (a czasem dużo bardziej) wietrznych od tegorocznego. Wielu komentatorów o tym nie pamięta, a ci najmłodsi często nie wiedzą.

Dane: IMGW/Ogimet.

Ale może powyższy parametr nie mówi wszystkiego? Słyszymy wciąż, że dni z wichrem jest w tym roku nadzwyczajnie wiele w lutym. Czy rzeczywiście? Przyjąłem dolną granicę średniej dobowej prędkości wiatru 25 km/h, dla dni z silnym/bardzo silnym wiatrem. Zobaczmy, ile ich było w lutym od 1972 roku.

Dane: IMGW/Ogimet.

Do tej pory w lutym 2022 roku były 2 takie dni w Warszawie. Jak widać, to nic szczególnego. W rzeczy samej, to niewiele w kontekście całego okresu od połowy XX wieku. Zwraca uwagę nie to, że w tegorocznym lutym pojawiły się dni z silnym wiatrem, tylko to, że w ostatnich latach ich liczba dramatycznie spadła. W latach 2016-2021 takich dni nie było w lutym w ogóle!

A może trzeci parametr uzasadni alarmistyczne doniesienia? Ktoś może powiedzieć, no tak, średnie wartości wiatru nie imponują, ale za to jego huraganowe porywy w Warszawie są niesłychaną anomalią, dowodem na to, że wichry i huragany będą coraz częstsze wraz z ociepleniem klimatu. Faktycznie tak jest? Poniższy wykres najsilniejszych (w ciągu danego roku) porywów wiatru wskazuje, że i w tej kategorii do tej pory w tegorocznym lutym nic „niespotykanego” się nie wydarzyło w Warszawie. Najsilniejszy poryw nie przekroczył 100 km/h (wg wstępnych danych), podczas gdy w przeszłości zdarzało się to wielokrotnie. Także w zakresie tego parametru jest zauważalna tendencja zniżkowa (choć słabiej zaznaczona niż w poprzednich dwóch analizowanych parametrach). W roku bieżącym tak silny poryw wiatru zdarzył się po raz pierwszy od 2009 roku.

Dane: IMGW/Tutiempo.

Głównym argumentem mającym uzasadniać rzekomo „niespotykane” wiatry i skoki ciśnienia jest ocieplenie klimatyczne, a ściślej mówiąc, większa ilość energii cieplnej zawartej w coraz mocniej ogrzanych wodach oceanu. Ktoś ostatnio napisał, że „dodatkowym” impulsem do huraganów jest związany z tymże ogrzaniem większy kontrast temperatury powietrza między umiarkowanymi a podbiegunowymi szerokościami geograficznymi, co ma stanowić dodatkowy „motor” napędzający aktywne układy niżowe nad Europę, w tym nad Polskę.

Ta argumentacja ma jeden podstawowy słaby punkt. Atlantyk jest coraz cieplejszy, to prawda. A jednak w procesie zmiany klimatycznej wysokie szerokości geograficzne ogrzewają się szybciej niż niższe, o czym świadczą wyniki pomiarów temperatury powietrza. Skutkiem tego różnica temperatur np. między Arktyką a Europą Środkową (w uśrednieniu) nie rośnie, tylko maleje. To jest zapewne przyczyną (czy jedną z przyczyn) spadkowej od szeregu lat tendencji prędkości wiatru w Warszawie. I odwrotnie: jeśli przyjmiemy że ów kontrast temperatur rośnie, to jak wytłumaczyć, że wieje słabiej niż kiedyś?

Na potwierdzenie tezy o niesłychanie ekstremalnych wiatrach, orkanach, huraganach itp. masowo używa się „ostatecznego” argumentu: obrazu szkód, zniszczeń i ludzkich ofiar niedawnych wichur. Zazwyczaj z komentarzem, że „dawniej tak źle nigdy nie było”. Cóż można na to odpowiedzieć? To prawda, że dawniej tak wiele gospodarstw na wsi i lokali w miastach nie bywało pozbawionych prądu skutkiem wichur. Dlaczego? Być może dlatego, że nie było powszechnej elektryfikacji. Jest też prawdą, że drzewa na przewracały się tak często na zaparkowane i jadące pojazdy. Może dlatego, że pojazdów było dużo mniej? Obecnie w miastach samochody stoją pod niemal każdym drzewem poza parkami i skwerami. Jest też prawdą, że dawniej nie było takiej masy błyskawicznych doniesień tak tekstowych, jak i obrazowych na temat szkód spowodowanych przez „orkany”. Bo nie było huraganów i wichur? A może dlatego, że nie było smartfonów umożliwiających błyskawiczny przekaz tekstu i obrazu każdemu, kto trzyma w ręku to wygodne urządzenie? Czy w XIX i XX stuleciach każdy mógł natychmiast filmować otoczenie w kolorze i wysokiej rozdzielczości, palcem naciskając parę razy ekran małego urządzenia noszonego w kieszeni? Kiedyś – może niektórym trudno w to uwierzyć – w ogóle nie było internetu. A jeszcze wcześniej – to już musi być szok dla wielu – nie było nawet telewizji. A jeszcze dawniej –  do końca XIX wieku – nie było filmu (obrazującego ruch), a do jego początków – nawet fotografii. A teraz? Gdy w przysłowiowej Koziej Wólce wiatr zerwie dach ze stodoły, to w przeciągu kilku minut cała Polska to dokładnie obejrzy.

W pierwszym okresie historycznym pogody warszawskiej który badam, jedynym środkiem w miarę szybkiego, zbiorowego przekazu informacji była prasa. Cofając się w przeszłość – coraz uboższa w zakres treści, mniej tytułów, coraz mniej dostępna, z coraz wolniejszym obiegiem informacji i węższym ich zakresem. Inne niż prasa źródła pisane też są niekiedy użyteczne, np. pamiętniki. Można więc nawet dla tego dawnego okresu historycznego znaleźć w tych źródłach sporo informacji o pogodzie i klimacie. W okresie nieco późniejszym pojawiają się też stopniowo to tu, to tam, oficjalne raporty z obserwacji pogody w obserwatoriach, na posterunkach i stacjach. Stopniowo coraz bardziej precyzyjne i o szerszym zakresie parametrów. Czy nie było wtedy huraganów, orkanów, wichrów, burz? Były. Ale o wielu z nich nie zachowała się pamięć, bo ich nie zapisano albo zapisy się nie zachowały. Już nie mówiąc o obrazach czy filmach. Jednak te skromne środki przekazu wystarczają, aby móc spojrzeć daleko w przeszłość w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy obecna aura to „coś nowego”. Na niniejszym blogu będą się pojawiać wyniki takich poszukiwań dowodzące, że gwałtowne wichury i burze nie są w Warszawie nowym zjawiskiem.

VarsoviaKlimat.pl

 

*****

(Obliczenia uśrednionych parametrów meteorologicznych dokonane przez autora na jego odpowiedzialność, na podstawie danych obserwacyjnych IMGW-PiB ze stacji meteorologicznej na lotnisku międzynarodowym Okęcie i innych źródeł, a także obserwacji własnych. Obliczone parametry mogą się niekiedy nieznacznie różnić od wartości oficjalnie publikowanych przez IMiGW-PIB).

7-10 lipca 2025: obraz medialny niżu „Gabriel”

7-10 lipca 2025: obraz medialny niżu „Gabriel”

W drugim tygodniu tegorocznego lipca Polska rozgrzała się do czerwoności. Nie w sensie temperatury powietrza, tylko wzmożenia medialnego związanego z nasunięciem się nad nasz kraj niżu o rodowodzie śródziemnomorskim (popularnie zwanego „genueńskim”).
W walce o tzw. klikalność, autorzy artykułów, komentarzy, analiz czy wywiadów w sieci, blogów, podcastów itd., (a także w tradycyjnych mediach) tworzą aurę sensacji wokół wydarzeń pogodowych, które nie odbiegają znacząco (albo w ogóle nie odbiegają) od normy klimatycznej. Jest to zjawisko tak masowe, że zajmowanie się nim nie pozostawiałoby czasu na nic innego.
Jednak burza medialna, jaka w dniach 7-10 lipca br. rozpętała się wokół (nasuwającego się nad Polskę wschodnią z południowego zachodu) niżu „Gabriel”, skłania do reakcji. Zapowiadano niesłychany Armagedon pogodowy w postaci gigantycznych ulew, niszczycielskich wichur i piorunów. Warszawa znalazła się w oku tego cyklonu medialnego; masa komentarzy, alerty RCB i inne ostrzeżenia mówiły o rekordowych sumach opadowych (o ile pamiętam, najbardziej ambitne zapowiedzi dziennikarskie mówiły o opadach deszczu w stolicy sięgających bodaj połowy normalnej sumy całorocznej). Innym szokującym czynnikiem miał być wielki spadek temperatury; niż miał ściągnąć niesłychane (jak na lipiec) zimno, przy dotąd nieznanym spadku temperatury w krótkim czasie. A na dokładkę do tego wszystkiego miały nas zaatakować niszczycielskie burze i wichury, siejące spustoszenie na swojej drodze.
Te apokaliptyczne prognozy komentatorzy uzasadniali ociepleniem klimatycznym. W uproszczeniu chodzi o to, że wody mórz i oceanów – w tym przypadku Morza Śródziemnego i Czarnego – coraz silniej się nagrzewają, co stymuluje parowanie, a co za tym idzie, pompowanie w atmosferę pary wodnej i powstawanie naładowanych wilgocią niżów, które następnie ruszają w kierunku północno-wschodnim na podbój m.in. Polski, niosąc potężne opady. To wyjaśnienie brzmi logicznie. Powstaje jednak pytanie, czy (jak to często przedstawiały media) „uderzenia” niżów niosących obfite opady, silne wiatry i znaczne spadki temperatury w środku lata są rzeczywiście zjawiskiem u nas nowym, czy choćby niemal nieznanym w przeszłości?
Oto tabela lipcowych niżów genueńskich / czarnomorskich / atlantyckich z ostatnich 95-ciu lat, które przyniosły znaczne sumy opady w trzech kolejnych dniach. Nie dopatrzyłem się klasycznych lipcowych „trzydniówek” w 37 latach (1937, 1939, 1946, 1952, 1953, 1959, 1962, 1963, 1964, 1965, 1967, 1969, 1971, 1972, 1976, 1980, 1982, 1983, 1984, 1986, 1987, 1988, 1991, 1992, 1995, 1998, 1999, 2002, 2003, 2004, 2005, 2013, 2014, 2017, 2019, 2022, 2023). Pamiętać trzeba, że przyjąłem sztywne kryterium trzech kolejnych dni dających w sumie największy opad z danego miesiąca. W wielu z wymienionych 37-miu lat pojawiały się incydenty opadowe o zbliżonym charakterze (np. dwa, cztery albo więcej kolejnych dni opadowych, albo trzy dni rozdzielone jednym bezopadowym, itd.), a także – rzecz jasna – pojedyncze dni opadowe. Tych wszystkich nie uwzględniłem w tabeli.

Dane bazowe: PIM-PIHM-IMGW-IMGW/PIB, Wetterzentrale.de (NOAA). Opracowanie VarsoviaKlimat.pl.

Jak widać*, 58 lipców – czyli 61% wszystkich z okresu 1933-2025 – miało incydenty pogodowe bardzo zbliżone swoimi parametrami do tegorocznego, osławionego „Gabriela”. 10 z nich ma rodowód środkowoatlantycki, 15 – czarnomorski, 8 – genueński, 25 – północnoatlantycki.
Jakie wynikają wnioski z powyższej tabeli w odniesieniu do tez medialnych dotyczących niżu „Gabriela”? Czy tezy te są prawdziwe? Rozważmy je kolejno.

  • Niże genueńskie w lipcu (o podobnych do „Gabrieli” parametrach) nie są zjawiskiem nowym w Warszawie, choć nie są czę W ostatnim (niemal) stuleciu pojawiały się średnio raz na około 12 lat. Co prawda wystąpiły kolejno w latach 2024 i 2025, ale wcześniej ich nie było przez prawie ćwierć wieku.
  • Trzydniowa suma opadu z „Gabrieli” (24,9 mm) nie wyróżnia się, a mówiąc ściślej, wyróżnia się tym, że jest niska; wszystkie pozostałe lipcowe „genueńczyki” zrzuciły na miasto więcej opadu (niekiedy kilkakrotnie więcej).
  • Podczas „Gabrieli” Tmax spadła w ciągu doby o 10,5 stopni. To żadna wielka sensacja. Podobne (niekiedy większe) spadki miały miejsce w latach 1931, 1938, 1947, 1975, a w ciągu dwóch dób – w 1949, 1954, 1961, 1985, 1993, 1994, 2015.
  • W trakcie „Gabrieli” z różnych stron (medialnych) rozlegały się lamenty, że „zrobiło się niesłychanie zimno” jak na lipiec. Prawda jest taka, że spadki Tmax poniżej 20 stopni Celsjusza w lipcu podczas panowania niżów genueńskich (i innych), nie są żadną anomalią. A do końca XX wieku były wręcz typowe.
  • Wreszcie kwestia wiatru – jego średnia prędkość za trzy dni „Gabrieli” to 18,1 km/h, to dość wysoka wartość, ale tylko w kontekście obecnego okresu referencyjnego (od lat 1990-tych). Takie same lub większe prędkości „genueńskie” wystąpiły w latach 1938, 1949, 1950, 1951, 1956, 1960, 1970, 1973, 1974, 1975, 1981, 1993. Pamiętalmy, że to nie wszystkie przypadki silnych wiatrów w lipcu.
  • Trzeba też dostrzec, że podczas napływu niżów zmierzających do nas z „tradycyjnego” kierunku, czyli z rejonu Morza Północnego, niejednokrotnie padało znacznie więcej i wiało mocniej niż podczas „Gabrieli”.

Jakie płyną wnioski z powyższych faktów?
Ocieplenie klimatyczne jest rzeczywistością. Jak ostrzegają naukowcy, jednym z jego przejawów jest (będzie) nasilenie ekstremalnych zjawisk pogodowych (huraganów, burz, ulew, powodzi, susz, upałów, itd.). Nie jest wykluczone, że taka czeka nas przyszłość. Jednak przedstawianie w mediach niektórych zjawisk jako anomalnych, ekstremalnych, niezwykłych i niespotykanych (nieznanych w przeszłości) – które takimi nie są – i podawanie tychże jako „dowodów” na pogłębianie się „katastrofy klimatycznej”, sprawi, że szeroka publiczność nie będzie wspomnianym ostrzeżeniom dowierzać.

*Oceny genezy (rejonu powstania) układów barycznych mają charakter orientacyjny.

VarsoviaKlimat.pl